sobota, 25 stycznia 2014

"Herbaciarnia pod Morwami" Sharon Owens

Twórczość Sharon Owens wpisuje się w nurt tzw. literatury kobiecej. Autorka wykorzystuje wiele znanych i trochę oklepanych, ale także lubianych, motywów. W Herbaciarni pod Morwami mamy więc i małżeństwa przechodzące kryzysy, i zdradę, i zemstę skrzywdzonej żony na niewiernym małżonku, i miłość, która potrafi przetrwać prawie 20 lat rozłąki... I wiele więcej.

Autorka pochodzi z Irlandii Północnej i tam też umieściła akcję powieści. Było to dla mnie zdecydowanym atutem utworu, bo chyba do tej pory nie czytałam żadnej książki bezpośrednio z Irlandią Północną związanej (a przynajmniej nie przypominam sobie).  Plusem jest również to, że pisarka nie skupia się na analizowaniu, szczegółowym opisywaniu perypetii jednej pary. Do utworu zostało wprowadzonych wielu prawie pełnoprawnych pierwszoplanowych bohaterów. Pozwoliło to na urozmaicenie akcji, a także dotknięcia większej liczby rozmaitych problemów. No właśnie - niestety tylko dotknięcia. Autorka po prostu opowiada historię, nie docieka motywów, nie daje swoim postaciom psychologicznej głębi, bohaterowie są nieco schematyczni. Jest to częste w literaturze takiego typu, ale to chyba raczej jej cecha niż wada. 

Akcja utworu toczy się wokół tytułowej herbaciarni. Herbaty co prawda w powieści mało (a szkoda przy takim tytule!), ale rozmaitych smakołyków mamy dostatek. Na końcu zamieszczony został nawet przepis na sernik z wiśniami, który na kartach Herbaciarni... pojawił się przynajmniej kilkanaście razy. 

Jak można się spodziewać, wszystkie wątki znalazły szczęśliwe zakończenie, chociaż to pewnie zależy od tego, jak każdy z nas pojmuje szczęście. Powieść na pewno przypomina o tym, że o własne marzenia zawsze warto walczyć i nigdy nie jest za późno na ich realizację, prawdziwą miłość, odbudowanie związku czy różnego rodzaju życiowe zmiany. O szczęście warto zabiegać i musimy pamiętać, że nikt tego za nas nie zrobi. 

Herbaciarnia pod Morwami ma zarówno wiele mocnych, jak i słabych stron. Ja za tym typem literatury raczej nie przepadam, więc mogłabym wytknąć sporo braków, ale po co? Powieść czytało mi się dobrze, były również momenty, w których bardzo byłam ciekawa co będzie dalej. Może to nie jest utwór wymagający, ale za to pozwalający się odprężyć. Myślę, że fanom (a raczej fankom) nurtu powinno się spodobać, więc kto jeszcze nie zna Sharon Owens, a lubi takie powieści, niech czym prędzej nadrobi braki. 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania:




3 komentarze:

  1. Jaka piękna okładka... :) Niezbyt często sięgam po książki, w których treść bardzo często krąży wokół jedzenia - ciągle chciałoby mi się jeść. ;-) Jednak uważam, że są to dobre lektury na odstresowanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj :)
    Jeżeli bierzesz udział w wyzwaniach to chciałabym Cię zaprosić do udziału w moim autorskim - Czytam Opasłe Tomiska
    szczegóły tutaj: http://recenzjeami.blogspot.com/2014/02/wyzwanie-czytam-opase-tomiska_4.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałam tę książkę z jakieś 8 lat temu i pamiętam, że bardzo mi się wtedy podobała. A wtedy to były jeszcze czasy, kiedy marzyłam, aby mieć kawiarnię, w której na pięterku sprzedawałabym kulinarne książki :)

    OdpowiedzUsuń