piątek, 26 grudnia 2014

Truman Capote: "Śniadanie u Tiffany,ego" i "Harfa traw"

Truman Capote to amerykański pisarz, twórca m. in. głośnej powieści "Z zimną krwią", choć chyba najwięcej sławy przysporzyła mu ekranizacja "Śniadania u Tiffany'ego". Nazwisko autora było mi znane od lat, jednak do tej pory nie miałam okazji osobiście poznać jego twórczości, dlatego też, gdy natknęłam się w bibliotece na wydane razem dwa opowiadania, postanowiłam nadrobić braki. 

Oba utwory są w pewien sposób do siebie podobne. Są retrospekcjami, powrotem do przeszłości narratorów. Teraźniejszość nie jest istotna, najważniejsze jest to, co minęło. Narratorzy, choć oczywiście brali udział w opisywanych wydarzeniach i wpłynęły one znacząco na ich życie, nie są jednak głównymi bohaterami. "Śniadanie u Tiffany'ego" opowiada o młodej, tajemniczej piękności Holly Golightly, bywalczyni kawiarń, utrzymującej się ze związków z bogatymi adoratorami. Opowiadanie mówi o relacji między nią a jej sąsiadem, młodym pisarzem. Po latach próbuje on odtworzyć dzieje ich krótkiej, ale intensywnej i silnej przyjaźni. Zastanawia się, co mogło się stać z dziewczyną. Jest to opowiadanie o kobiecie szukającej szczęścia i miłości, a zarazem bojącej się tego, uciekającej przed stabilizacją. Drugi utwór jest powrotem do dzieciństwa. Jedenastoletni Collin Fenwick traci rodziców i trafia pod opiekę dwóch podstarzałych, samotnych sióstr, Dolly i Vereny, oraz ich przyjaciółki Katarzyny. Każda z tych kobiet jest ciekawą postacią, choć najsilniejsza więź połączy Collina z Dolly i to głównie jej poświęcony jest tekst. Dolly to osoba cicha, spokojna, pokorna, żyjąca w cieniu przedsiębiorczej i apodyktycznej siostry. Na skutek konfliktu z Vereną podejmuje decyzję o wyprowadzeniu się z domu. Wraz z nią posiadłość Vereny opuszczają Katarzyna i Collin. Postanawiają zamieszkać w lesie, w starym domku na drzewie. Jak można się domyślić, takie ekscentryczne zachowanie spokojnej, poważnej i uległej dotąd kobiety nie zyskuje aprobaty wielu pruderyjnych mieszkańców małego miasteczka. I tu dochodzimy do kolejnego punktu stycznego między dwoma utworami. Dotykają one problemu nietolerancji, pochopnej oceny przez daną społeczność innych, w jakiś sposób wyróżniających się osób. Szczególnie wyraźnie jest to widoczne w "Harfie traw". Autor ukazuje, że nietolerancja i obłuda mogą prowadzić do wręcz tragicznych wydarzeń. 

Oba teksty czytało mi się bardzo dobrze. Nie wiedziałam, czego się spodziewać po tych utworach, bo niewiele o nich słyszałam, a opis na okładce był dość skąpy (a poza tym i tak rzadko je czytam, gdyż często nie do końca oddają treść książki). Jednak moje spotkanie z twórczością Trumana Capote uważam za udane i sięgnę po również inne jego utwory. Jedyne, co mi przeszkadzało, to literówki i błędy językowe, ale to raczej wina niestarannego wydania i tłumaczenia niż autora. Nie są jednak bardzo liczne, w związku z tym raczej nie utrudniają lektury. Poza tym zawsze można sięgnąć po inne wydanie:) Jeśli ktoś nie zna, to polecam. 

Recenzja bierze udział w wyzwaniu: Czytamy klasyków

wtorek, 23 grudnia 2014

Życzenia

 
Spokojnych, radosnych i rodzinnych
Świąt Bożego Narodzenia 
oraz zaczytanego Nowego Roku!
Żeby marzenia się spełniły
i w końcu był czas na wszystko
(a szczególnie na czytanie:))
Wesołych Świąt!
 

sobota, 13 grudnia 2014

Stasiuk

Andrzej Stasiuk, "Jadąc do Babadag"

Lubię prozę Stasiuka. Lubię sposób w jaki opowiada o miejscach, o których prawie nikt nie pamięta, na które wielu ludzi nie zwróciłoby nawet najmniejszej uwagi.  Lubię niezwykłość, jaką odnajduje w zwykłości, w codzienności, a nawet w pozornej nudzie, bierności, w rozpadzie. Sam autor pisze: 

"No tak, nie da się ukryć, że interesuje mnie zanik, rozpad i wszystko, co nie jest takie, jakie być mogło albo być powinno. Wszystko, co zatrzymało się w pół kroku i nie ma siły, ochoty ani pomysłu, wszystko, co się zaniechało, spuściło z tonu i dało za wygraną, wszystko, co nie przetrwa, nie pozostawi po sobie śladów, wszystko, co się spełniło samo dla siebie i nie wzbudzi żadnego żalu, żałoby ani wspomnień. Czas teraźniejszy dokonany." ("Jadąc do Babadag", s. 247)

Mnie co prawda niekoniecznie interesuje zanik, za to bardzo ciekawi szeroko pojęta Słowiańszczyzna: historia, państwa, ludzie, języki, kultura. I te wszystkie elementy, wymieszane, w prozie Stasiuka odnajduję.

"Jadąc do Babadag" to książka wydana już 10 lat temu, więc na pewno wszystkim miłośnikom prozy autora znana. Ja w planach miałam tę pozycję od dawna, natomiast dopiero teraz przyszedł odpowiedni moment, by przeczytać. 

Jest to książka o podróży, czy raczej podróżach, przez kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Razem z autorem odwiedziłam Rumunię, Słowację, Albanię, Mołdawię, Słowenię, Węgry, ale również Polskę. Ta wędrówka nie jest "linearna" - wspomnienia, obrazy z różnych miejsc przeplatają się, zazębiają, przechodzą jedne w drugie po to, by za chwilę powrócić do punktu wyjścia. I oczywiście autor skupia się nie na najbardziej znanych, opisanych w przewodnikach i odwiedzanych przez turystów miastach, ale na zapomnianej prowincji i jej mieszkańcach. Refleksje dotyczące odwiedzanych miejsc przeplatane są rozmyślaniami związanymi z historią czy literaturą. Całość czyta się tak, jakby słuchało się opowieści doświadczonego podróżnika-samotnika (choć autor nie zawsze podróżuje samotnie). A przynajmniej na mnie ta proza wywiera takie wrażenie. 

Bardzo trudno zrecenzować mi tę książkę, dlatego ten post jest taki niepoukładany. Pozostaje tylko polecić "Jadąc do Babadag". Jeśli ktoś zna i lubi prozę Stasiuka, to na pewno się nie zawiedzie, a jeśli komuś ta twórczość jest obca, to myślę, że jest to dobra książka do rozpoczęcia znajomości z tekstami autora.

A jak najnowsze dzieło, czyli "Wschód"? Ktoś może już czytał? 

Na koniec jeszcze cytat z "Jadąc do Babadag", który bardzo mi się spodobał. Dotyczy pracowników straży granicznej: "Niektórzy są bardzo roztargnieni - jak ten słoweński na przejściu Hodos, który z uporem dopytywał się, ile wwozimy dinarów, ponieważ wyleciało mu z głowy, że jego kraj od dziesięciu lat nie jest już Jugosławią." ("Jadąc do Babadag, s. 213)

niedziela, 7 grudnia 2014

Stos grudniowy

Sporo ostatnio postów ze stosikami w blogosferze, więc i ja się pochwalę najnowszymi nabytkami:)





Stos niepokaźny, ale myślę, że lektura tych książek da mi sporo czytelniczej satysfakcji. Od góry:

1. Monika Kowaleczko-Szumowska, "Galop '44" - książka o Powstaniu Warszawskim kierowana do młodzieży. W sierpniu było o niej dosyć głośno, zebrała wiele pozytywnych opinii. Jestem jej bardzo ciekawa.
2. Amos Oz, "Opowieść się rozpoczyna" - wydany w 2010 roku zbiór esejów poświęcony klasykom literatury światowej. Przez przypadek natrafiłam na książkę w księgarni, skusiła mnie cena (10 zł) i informacja, że teksty Oza poświęcone są m. in. Kafce i Marqezowi. 
3. Olga Tokarczuk, "Dom dzienny, dom nocny" - książka, której jeszcze nie czytałam, chociaż ma już kilka lat. Chętnie to zmienię.
4. Roberto Saviano, "Zero, zero, zero. Jak kokaina rządzi światem" - na studiach przeczytałam "Gomorrę" i od tej chwili jestem pod ogromnym wrażeniem talentu dziennikarskiego i odwagi Roberta Saviano.I chociaż każda kolejna jego książka coraz bardziej mnie zatrważa, to kupuję bez wahania. 
5. Jakub Porada, "Chłopaki w sofixach" - książka o której prawie nic nie wiem, dostałam ją w prezencie w ramach promocji w księgarni. 
6. Florian Illies, "1913. Rok przed burzą" - od kiedy usłyszałam o tej książce, chcę ją przeczytać. Poświęcona szeroko pojętej kulturze tuż przed wybuchem I wojny światowej.
7. Katarzyna Droga, "Pokolenia" - wiele oczekuję po tej powieści. I boję się ją czytać z obawy, czy mnie nie zawiedzie. 
8. "Zapomniane słowa", red. Magdalena Budzińska - o słowach, które niedawno umarły albo właśnie odchodzą. Bo przecież słowa są jak żywe organizmy... Opowiadają o nich m. in. dziennikarze, poeci, pisarze, muzycy, językoznawcy. Zapowiada się wyjątkowa lektura. 

Brakuje tu jeszcze "Wnuczki do orzechów" Małgorzaty Musierowicz, którą to książkę już przechwyciła przyjaciółka, bo z "Jeżycjady" chyba nigdy się nie wyrasta;)

Książki są, tylko czasu jak zwykle brakuje. Ale przerwa świąteczna już coraz bliżej, więc mam nadzieję, że niedługo będę mogła oddać się spokojnej lekturze. A jak Wasze plany czytelnicze na najbliższy czas?
 

sobota, 29 listopada 2014

O Cezarym Baryle i domu w Czarnobylu...

Stos książek czekających na przeczytanie niebezpiecznie rośnie, a czytać nie ma kiedy... Już nie mogę doczekać się czasu okołoświątecznego, kiedy w końcu będę mogła się wyłączyć choć na kilka godzin i czytać, czytać, czytać... Ale na razie pogrążona jestem (i jeszcze przez kilka tygodni będę) w pracy. Bo zawód nauczyciela wiąże się nie tylko z przygotowaniem i przeprowadzaniem lekcji, ale również ze sprawdzaniem. Na to sprawdzanie nauczyciele-poloniści zazwyczaj narzekają. Ja też niejednokrotnie narzekam, bo wymaga to ogromnych nakładów pracy i czasu. Jednak uczniowie dbają (choć nieświadomie) o to, by nauczyciele mieli również trochę rozrywki podczas wypełniania obowiązków zawodowych. Bywa, że uruchamiają wyobraźnię i prezentują zdumionemu pedagogowi wizję gramatyki, historii czy literatury alternatywną do tej, którą mu szkole i na studiach wpajano. Ja też się kilku ciekawych rzeczy dowiedziałam. Np. tego, że bohaterem "Przedwiośnia" jest Cezary Baryła, Kochanowski napisał fraszkę "Na dom w Czarnobylu", zaś Sofokles "Balladynę". Mickiewicz podróżował przez Związek Radziecki i dlatego powstały "Sonety krymskie". Izabela Łęcka była córką Tomasza Judyma, a polscy pozytywiści nie mieli programu, tylko problem. "Zemsta" to utwór Fredry, co do tego nie ma wątpliwości, jednak jest to nowela, z kolei "Zdążyć przed Panem Bogiem" powstało w Młodej Polsce. Stoicyzm to miasto (?!), zaś epikureizm - pomieszanie epiki i dramatu. Stajnia Augiasza jest bezpiecznym miejscem, a wśród najsłynniejszych tragików greckich możemy wskazać Homera i Achillesa. I na koniec moja ulubiona definicja kultury masowej:
"kultura masowa to grupa popularnych, przystojnych ludzi pokazujących się w mediach."

To tyle, tak na rozluźnienie po pracowitym tygodniu. Wracam do sprawdzania, a Wy, Drodzy Uczniowie, wracajcie do nauki... :)
 

poniedziałek, 10 listopada 2014

Powrót do Wilka

"Panny z Wilka" Jarosława Iwaszkiewicza

Zaniedbałam się czytelniczo w sposób niedopuszczalny i zatrważający. Nie dość, że nic nie pisałam, to prawie w ogóle nie zaglądałam na Wasze blogi, a także niestety (co mnie szczególnie martwi) bardzo niewiele czytałam. Usprawiedliwić (w niewielkim stopniu oczywiście) może mnie fakt, że w pracy działo się tak wiele, iż nie miałam nawet czasu na sen, co dopiero na przyjemności. Mam nadzieję, że sytuacja się już ustabilizowała i będę mogła choć chwilę każdego dnia poświęcić na czytanie i blogowanie. Oby niedawno przeczytane "Panny z Wilka" wyzwoliły mnie z czytelniczego marazmu...

Jarosław Iwaszkiewicz to autor, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Jeden z członków Skamandra, pisarz, poeta, twórca wielu dzieł, które na stałe zapisały się w naszej kulturze wśród największych utworów literatury polskiej XX wieku. Mnie z jego twórczością nie bardzo było do tej pory po drodze. Czytałam jakieś wiersze, fragmenty prozy, ale jako że nie zachwycało, nigdy nie sięgnęłam po nic w całości, nie przeczytałam nawet najgłośniejszych opowiadań, takich jak "Brzezina" czy "Tatarak". Do niedawna w tej grupie były także "Panny z Wilka". 

Zaskoczyło mnie to opowiadanie. Zupełnie czego innego się spodziewałam, inaczej sobie wyobrażałam Wilko, Wiktora i owe panny... Nie będę rozwodzić się nad treścią, która jest raczej wszystkim znana (pewnie - tak jak do niedawna w moim przypadku - nawet tym, którzy nie czytali). W skrócie tylko napiszę, że po 15 latach Wiktor Ruben przyjeżdża do miejsca, w którym w młodości przeżył wiele pięknych, ciekawych chwil w towarzystwie sześciu sióstr. Konfrontuje swoje wspomnienia, wyobrażenia, doświadczenia ze stanem rzeczywistym. W opowiadaniu nie ma wartkiej akcji, ale to mi nie przeszkadzało, często sięgam po takie książki, lubię refleksyjny nastrój, dużą rolę przeszłości, wspomnień itp. Sam zarys treści i tematyka zdecydowanie zachęcały, jednak opowiadanie nie zachwyciło. Dobrze się je czyta, nie powiem, że nie, ale nie dostrzegłam w nim niczego wyjątkowego, porywającego, oryginalnego. Męczył mnie wszechobecny erotyzm, poczucie niespełnienia i rozczarowania, wymowa całości wreszcie. Szkoda, bo literaturę i kulturę dwudziestolecia uwielbiam. Może miałam zbyt wysokie oczekiwania, a może po prostu do tej literatury jeszcze nie dorosłam. 

Raczej szybko po Iwaszkiewicza nie sięgnę, choć kiedyś na pewno. Jego dzieła współtworzą kanon polskich utworów, które znać trzeba. Poza tym należy pamiętać, że wielu czytelników miało i ma po lekturze zupełnie inne odczucia od moich, więc na pewno w tej prozie jest coś, czego niestety nie udało mi się odkryć, a co dostrzec warto. Dlatego mimo wszystko zachęcam do przeczytania.

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

niedziela, 5 października 2014

"Zamień chemię na jedzenie. Nowe przepisy"

Poszłam do księgarni po zupełnie inną książkę. I oczywiście ją kupiłam, ale nie tylko. Bo jak to tak, wyjść z księgarni tylko z jedną książką? Gorsze jest już tylko wyjście w ogóle bez książek, ale to już o grzech zakrawa i w moim przypadku się raczej nie zdarza;)  Jestem nałogowym książkoholikiem, czytelnikiem, ale i osobą, która książki gromadzi i wcale się tego nie wstydzę:)

W księgarni wiele tomów i tomiszczy się do mnie uśmiechało, ale wszystkich kupić nie mogłam, nie te zarobki jeszcze. Wśród nich dostrzegłam jednak pozycje, którym nie potrafiłam odmówić. Należy do nich między innymi druga część poradnika Julity Bator "Zamień chemię na jedzenie." Część pierwsza mnie zachwyciła, chociaż także przeraziła. O swoich wrażeniach pisałam tutaj. Poradnik wiele mi uświadomił, wpłynął na zmianę części nawyków żywieniowych, przy niektórych złych przyzwyczajeniach niestety jeszcze uparcie trwam, ale wiem, co i jak powinnam zmienić. Książka jest bardzo wartościową pozycją, do której często wracam, dlatego bez namysłu kupiłam drugą część.

Jak sam tytuł wskazuje, są to tym razem przede wszystkim przepisy. Proste, zdrowe, smaczne i sprawdzone, "przetestowane na dzieciach", jak wielokrotnie podkreśla autorka. W pierwszej części poradnika też przepisy były, ale w mniejszej ilości. Pogrupowane są w tematyczne rozdziały, dowiemy się z nich m. in. co smacznego i szybkiego w przygotowaniu (i oczywiście zdrowego) można zabrać na drugie śniadanie do szkoły czy pracy, co przygotować na święta, na kinder party, jak zrobić domowe słodycze. Bo słodycze ze sklepu są według autorki wyrobami całkowicie chemicznymi, kupować powinniśmy tylko gorzką czekoladę... Przepisom towarzyszą oczywiście praktyczne porady ułatwiające pracę lub przypominające/uświadamiające na co powinniśmy zwrócić uwagę, kupując dane produkty. Wprowadzone zostały także opinie kilku blogerów na temat pierwszej książki. 

Część druga jest o wiele staranniej wydana niż pierwsza. Gruba oprawa, lepszy papier i przede wszystkim zdjęcia. Każdy przepis został zilustrowany, bardzo to cenię w takich publikacjach, bo wiem, jak przygotowywana przeze mnie potrawa ma wyglądać;) Jednocześnie nie mamy tu do czynienia z przerostem formy nad treścią, zdjęcia wzbogacają, a nie zastępują tekst. Na końcu książki został umieszczony praktyczny indeks, w którym potrawy zostały podzielone inaczej niż w książce. Mamy więc w jednym miejscu odniesienia do przepisów wegetariańskich i wegańskich, bezglutenowych, na piknik czy dla aktywnych, które w książce umieszczone są w różnych działach. 

Wiem, że tę książkę mogę polecać w ciemno. I polecam. A kto jeszcze nie zna części pierwszej poradnika, niech koniecznie po nią sięgnie. W końcu jesteśmy tym, co jemy, a zdrowe żywienie, jak przekonuje autorka, wcale nie musi być o wiele droższe i bardzo czasochłonne. Już nie mogę się doczekać, aż zacznę eksperymentować z nowymi przepisami Julity Bator:) 

 

 

środa, 1 października 2014

Dzieciństwo w czasach PRL-u

Grażyna Trela, "Obrazki z Nebraski"

     Grażyna Trela jest scenarzystką, reżyserem i pisarką, a także aktorką. Jednak, gdy w bibliotece natknęłam się na jej książkę, to nazwisko autorki niewiele mi mówiło. "Obrazki z Nebraski" to moje pierwsze spotkanie z pisarką, do wypożyczenia i przeczytania powieści skusiła mnie głównie okładka. Wiem, że nie należy oceniać książki po okładce, ale często nie potrafię się opanować, jeśli okładka zwróci moją uwagę, zaintryguje mnie lub po prostu jest piękna, od razu chcę przeczytać książkę. I odwrotnie - okładka i to, co wydawca na niej napisze, potrafi też skutecznie zniechęcić. Niestety, opinie i oczekiwania co do książki, które zasugerowała nam okładka, często bywają mylne...
     Książka Grażyny Treli opowiada o grupie młodych ludzi, których dzieciństwo i dorastanie przypadło na przełom lat 60. i 70. Utwór ma charakter wspomnień, narracja jest pierwszoosobowa, na pewno wiele wątków autorka zaczerpnęła z własnego dzieciństwa, choć trudno stwierdzić ile. Oprócz narratorki mamy tu grono ciekawych i różnorodnych bohaterów, przede wszystkim jej rówieśników, ale nie tylko. Jest Masa, który marzy o jeansach i lubi spacerować po torach i w ostatniej chwili uskakiwać przed jadącym pociągiem, jest Renata, która chce wyjść za mąż, ale nie za byle kogo, tylko za Włocha, w tym celu jeździ do pobliskiego miasta i udaje studentkę ASP, jest para bliźniaków, którzy mają bardzo nadopiekuńczą matkę, co jest przyczyną wielu śmiesznych (choć zarazem trochę przerażających) sytuacji. I jest wielu innych, to tylko niewielki wycinek tego, co zaserwowała czytelnikom autorka. Tło stanowią znane wszystkim wydarzenia i zjawiska, np. lądowanie na księżycu, ale także wszechobecne kolejki czy braki na sklepowych półkach. Ale tło nie jest istotne. Najważniejsza jest młodość bohaterów. Ich relacje, różnorodne doświadczenia, poznawanie świata, a także siebie, dojrzewanie. Wiele w tej książce erotyzmu, ale dziecięcego, więc pełnego tajemnic, fascynującego, choć zarazem też trochę odpychającego. Dominującym uczuciem jest też tęsknota za innym, nieznanym, ale na pewno lepszym i bardziej kolorowym życiem za granicą. Stąd Nebraska w tytule - tak młodzi ludzie nazywali swoje osiedle, by dodać szaremu życiu trochę zachodniej magii. 
    Dzieciństwo, opisywane przez Trelę, choć wyjątkowe i niepowtarzalne, jest w pewien sposób typowe. Można bez problemu odnaleźć wiele punktów stycznych w utworze i własnym życiu, bez względu na to, w jakim czytelnik jest wieku. Oczywiście, wiele elementów rzeczywistości się zmienia, jednak niektóre rzeczy pozostają przez wiele lat takie same.
    Utwór czyta się szybko. Podzielony został na krótkie rozdziały, zazwyczaj poświęcone jednej postaci, jakiemuś zjawisku, miejscu, doświadczeniu. Całość napisana jest sprawnym językiem, styl autorki jest przyjemny w odbiorze. Jednak czegoś  tej książce w moim odczuciu brakuje. Trudno określić czego, ale "Obrazki z Nebraski" nie zachwycają, a nawet momentami nudzą. Mnie zawiodły i sama nie wiem, dlaczego w ogóle skończyłam czytać tę książkę. Zazwyczaj utwór, który mi się nie podoba, po kilkudziesięciu stronach odkładam, wychodząc z założenia, że i tak nie zdążę przeczytać wszystkiego, co mnie interesuje, więc nie ma sensu tracić czasu na coś, co mnie nie zachwyca. Tym razem tak nie zrobiłam, przeczytałam do końca. Więc może jednak w tej powieści coś jest?
    Trudno mi ocenić ten utwór. Uważam, że "Obrazki z Nebraski" można sobie darować, choć bez wątpienia mają też wiele zalet. Poza tym bardzo prawdopodobne, że osoby, których dzieciństwo przypadło na lata 60. czy 70. zupełnie inaczej odebrałyby tę książkę. Więc jeśli macie ochotę dowiedzieć się/przypomnieć sobie, jak wyglądało dzieciństwo w PRL-u, to książka Grażyny Treli jest dla Was:) 
        
         

sobota, 27 września 2014

Filmowo po raz pierwszy

W ostatnim czasie udało mi się obejrzeć 7 filmów. To sporo jak na mnie, bo choć oglądać filmy bardzo lubię, to rzadko mam na to czas. Jak już znajdę chwilę dla siebie, to wolę poczytać:) Chciałabym Wam przedstawić moją krótką opinię na temat tych filmów.

1. "Atlas chmur"
Długo się zbierałam, zanim obejrzałam, a teraz wiem, że będę do tego filmu niejednokrotnie wracać. Jest rewelacyjny. Wszyscy chyba wiedzą, o czym jest, więc nie będę się na temat fabuły rozpisywać. Zdecydowanie polecam, kto jeszcze nie widział, niech jak najszybciej nadrobi zaległości.  

2. i 3. Obie części "Sherlocka Holmesa" w reżyserii Guy'a Ritchie
Tymi filmami też byłam zachwycona. Grą aktorską, humorem, Londynem i sposobem, w jaki został potraktowany książkowy pierwowzór. Zazwyczaj ekranizacje raczej mi się nie podobają, w tym przypadku było zupełnie inaczej. Oczywiście, bohaterowie nieraz mnie denerwowali, także zbiegi okoliczności mogą irytować, ale to nieodłączna cecha filmów tego gatunku. Naprawdę warto obejrzeć.

4. "Czas na miłość" ("About time"), reż. Richard Curtis
Dowód na to, że można zrobić piękny, wzruszający i poruszający film o zwykłej-niezwykłej miłości. I że nie musi to być durna komedia romantyczna (przepraszam wszystkich fanów gatunku, ale komedii romantycznych nie znoszę). Film opowiada o zwykłym chłopaku, który poszukuje miłości. Pewnego dnia dowiaduje się od swojego ojca, że mężczyźni należący do ich rodziny mają szczególną umiejętność - potrafią przenosić się w czasie w obrębie własnego życia. I właśnie o wędrówkach w czasie jest ten film, o przeżywaniu niektórych chwil czy dni po kilkakroć, ale nie tylko. Jest przede wszystkim o rodzinie, przyjaźni, miłości. O cieszeniu się tym, co mamy i dostrzeganiu piękna w każdym dniu. 

5. "Iluzja", reż.Louis Leterrier 
Również ciekawy film z zaskakującym zakończeniem. Opowiada o grupie iluzjonistów, która podczas występów, na oczach tysięcy widzów, napada na banki. Warto zobaczyć.

6. "Nieściszalni" , reż. Ola Simonsson
Film z 2010 roku, o którym usłyszałam dopiero niedawno. Opowiada o grupie młodych ludzi, zapalonych perkusistów, którzy chcą stworzyć kilkuczęściowe, niezwykłe dzieło. Grają nietypowe koncerty w różnych miejscach, potrafią wydobyć muzykę ze wszystkiego. Niestety, to co robią nie zawsze jest legalne. Tropieniem grupy zajmuje się brat słynnego kompozytora, policjant, który nienawidzi muzyki. Jeden z lepszych i ciekawszych filmów muzycznych, jakie zdarzyło mi się oglądać.

7. "Odlot"
I na koniec bajka. Tak jak od czasu do czasu lubię sięgnąć po książkę dla dzieci lub młodzieży, tak samo bywa, że oglądam bajki. Ale tylko te wartościowe, z których obejrzenia dorosły może wynieść tyle samo korzyści, co dziecko (a nawet więcej). Dlatego, jeśli chcecie przypomnieć sobie, jak ważne są miłość, przyjaźń i marzenia, na których realizację nigdy nie jest za późno, koniecznie obejrzyjcie tę bajkę. Z waszymi pociechami lub sami - warto.

Być może kogoś dziwi fakt, że moje opinie o wszystkich filmach są pozytywne. Podobnie zresztą jest w przypadku większości książek zrecenzowanych na blogu. Wytłumaczenie jest proste. Szkoda mi czasu na czytanie i oglądanie tego, co mi się nie podoba. Dlatego zdarza się, że odkładam książkę po kilkudziesięciu stronach lub wyłączam film po kilkunastu minutach. I o tym nie piszę, bo uważam, że nie powinnam oceniać czegoś, czego nie obejrzałam/nie przeczytałam do końca. 

Na koniec jeszcze prośba. Moja wiedza dotycząca filmów jest nikła. Ale chciałabym pokazać moim licealistom w ramach zajęć dodatkowych filmy, które warto znać. Mam już kilka pomysłów, trochę tytułów podrzucili też uczniowie. Jednak chciałabym zadać również Wam to pytanie: jakie filmy każdy licealista/maturzysta znać powinien? Bardzo będę wdzięczna za wszystkie odpowiedzi:) A może przy okazji ktoś jeszcze dowie się o filmie, który warto obejrzeć:) 

piątek, 12 września 2014

"Romans z sobą" Elizy Segiet

Niektórzy lubią poezję - jak twierdziła Szymborska. Ja do tych "niektórych" z pewnością należę, choć ostatnio czytanie wierszy z różnych powodów zaniedbałam. Dlatego też z radością powitałam propozycję zrecenzowania tomiku "Romans z sobą" Elizy Segiet. 

Okazuje się, że zobowiązać się łatwo, a wywiązać z zadania zdecydowanie trudniej... I nie dlatego, że wiersze mi się nie podobały. O nie, wręcz przeciwnie. Wiele tekstów trafiło do mnie, przeczytałam je kilkakrotnie i przemyślałam, niektóre zapadły mi głęboko w pamięć. Na pewno będę do nich wracać. Jednak wywołały taką burzę emocji, że trudno mi swoje wrażenia ubrać w słowa. Ale to chyba dobrze:)

Poezja Elizy Segiet jest bardzo ciekawa i warta poznania, ale to jedyne określenia, które mogę tym wierszom bez żadnych wątpliwości przypisać. Pozostałym, tak często przywoływanym w recenzjach tomików poetyckich, te teksty się wymykają. Ale to zdecydowanie zaleta. Jest to twórczość oryginalna i intrygująca, a poszczególne wiersze, chociaż w pewien sposób do siebie podobne, są jednak bardzo różne. 

Wiele jest tu erotyków, utworów traktujących o miłości. Różnej miłości. Zarówno szczęśliwej, jak i tej niespełnionej. Bardzo często są to teksty zmysłowe, delikatne, jednak silnie oddziałujące na czytelnika. Czy raczej na czytelniczkę, bo w moim odczuciu trafią przede wszystkim do kobiet. Chyba właśnie określenie "poezja kobieca" oddałoby w pewien sposób nastrój twórczości autorki. Wiersze Elizy Segiet niosą ze sobą ogromny ładunek emocjonalny, oddziałują na uczucia, a poprzez to często prowokują do refleksji czy "kontemplacji", jak pisze autorka w ostatnim wierszu w tomiku.

Utwory, składające się na "Romans z sobą", są także niepokojące. Bardzo lubię w poezji krótkie formy, kilkuwersowe teksty, które jednak przekazują ogromną głębię przemyśleń autora i zostawiają czytelnika z uczuciem zaskoczenia, niepokoju, a często też zachwytu nad kunsztem twórcy, który w zaledwie kilku słowach potrafił zamieścić tak wiele treści. Wśród wierszy Elizy Segiet też takie perełki znalazłam, należą do nich m. in. "Próba", "Opalizacja" czy "Życie jest mową". Ujął mnie także tekst "Kompilacja", wypisany na okładce. Zaznaczyłam sobie poza wymienionymi jeszcze kilka wierszy, do których na pewno wrócę.

Myślę, że o tej poezji można powiedzieć również, że jest egzystencjalna. To, o czym pisze autorka, bliskie jest pewnie każdemu czytelnikowi. Eliza Segiet porusza naprawdę różnorodną tematykę, pisze o życiu i o śmierci, o rozmaitych sytuacjach, uczuciach, wydarzeniach. Oczywiście, w tomie są też teksty, które mniej mi się podobały, ale to nie znaczy, że nie zachwycą kogoś innego. Chyba każdy, kto próbował dzielić się swoimi wrażeniami dotyczącymi wierszy wie, że ilu czytelników, tyle interpretacji i ocen. I właśnie dlatego poezja jest piękna. 

Na uwagę zasługuje również sposób wydania książki. Tom wydany został bardzo starannie, nie ma błędów redakcyjnych (a przynajmniej ja ich nie zauważyłam), krój i rozmiar czcionki są przyjemne dla oka. Do lektury zachęca już sama okładka - trudno powiedzieć, co przedstawia zamieszczone na niej zdjęcie, ale przyciąga ono wzrok, rozbudza ciekawość czytelnika. Podobnie intrygujące i tajemnicze fotografie autorstwa Piotra Karczewskiego, syna poetki, zamieszczone są wewnątrz tomu i wzbogacają odbiór całości. 

Mam nadzieję, że jakoś udało mi się tą recenzją przekazać natłok myśli, który mam w głowie po lekturze tomu "Romans z sobą". Myślę, że twórczość Elizy Segiet stanowi ciekawy element współczesnej polskiej "sceny poetyckiej". Na pewno każdy inaczej te wiersze odbierze, jednak według mnie warto poświęcić czas, by się przekonać, jakie emocje i refleksje w każdym z nas wywołają. Polecam.

I na koniec link do ciekawego wywiadu z autorką: http://szuflada.net/wywiad-eliza-segiet/ 

Za możliwość przeczytania wierszy bardzo serdecznie dziękuję Autorce.

  

wtorek, 26 sierpnia 2014

Dwie książki Wojciecha Adamieckiego

W. Adamiecki, "Zabiłem człowieka", "W cztery oczy"

Postać i twórczość Wojciecha Adamieckiego były mi do niedawna zupełnie nieznane, choć pewnie wiele osób autora kojarzy. Był to polski dziennikarz, który współpracował z wieloma znanymi gazetami, m. in. "Tygodnikiem Powszechnym" i "Gazetą Wyborczą". Ja na książki Adamieckiego natknęłam się w bibliotece przez przypadek i, zaintrygowana opisem z okładki, postanowiłam zabrać je do domu i przeczytać. Zachęcał do tego również ich rozmiar, są to niewielkie, zaledwie 120-stronicowe dziełka. 

"Zabiłem człowieka" i "W cztery oczy" to swego rodzaju reportaże, które powstały w oparciu o zapisy rozmów autora z więźniem odbywającym karę 25 lat pozbawienia wolności, właśnie za zabicie człowieka. Bohater obu książek, gdy dopuścił się przestępstwa, miał niespełna 18 lat. Pierwotnie został skazany na dożywocie. Autor spotyka się z nim po 10 latach od wyroku. Młody człowiek dojrzał, bardzo się zmienił, a przede wszystkim zdążył przemyśleć i zrozumieć swoje postępowanie. Z książki "Zabiłem człowieka" możemy dowiedzieć się, jak wyglądało jego życie przed przestępstwem, co doprowadziło do popełnienia tego straszliwego czynu, a także jak wyglądały pierwsze lata życia w więzieniu. Wkrótce kara ponownie została zmniejszona i bohater wyszedł na wolność. I o tym właśnie opowiada druga z książek, "W cztery oczy". Przeczytamy tu o problemach, jakie napotkał były więzień, lękach, jakie mu towarzyszyły, próbach uporządkowania i rozpoczęcia życia na nowo. 

Książki są napisane sprawnym językiem, czyta się je bardzo szybko. Podejmują ciekawy i niełatwy temat, każą czytelnikowi zastanowić się nad pewnymi kwestiami natury etycznej. Bo czy możemy ocenić kogoś, czyjeś postępowanie, nie znając dobrze motywów, które nim kierowały? A jak często to robimy? Czy więzień ma szansę na zmianę swojego życia po odbyciu kary, czy zawsze już będzie postrzegany jako przestępca? Czy w ogóle dajemy ludziom prawo do zmiany, tzw. "drugą szansę"? Czy przypadkiem nie zdarza się czasem tak, że gdy ktoś popełnił jakiś błąd (czy błędy), to w wyniku tego już na zawsze jest w naszych oczach (czy w jakiejś grupie) "spalony"? I nie chodzi mi tu o poważne przestępstwa, tylko o codzienne sytuacje, których bywamy świadkami i uczestnikami. 

Książki zostały wydane pod koniec lat 70., ale to zupełnie nie przeszkadza w lekturze. Autor nie skupia się na opisie warunków życia w więzieniu, które na pewno się przez te lata zmieniły, tylko na psychice więźnia i zmianach, jakie w niej zachodzą. Cieszę się, że przeczytałam te książki. Polecam je wszystkim tym, który mają ochotę na reportaż z drugiej połowy lat 70., ale poruszający nadal aktualną tematykę. Myślę, że jest to dobra lektura również dla osób zainteresowanych życiem wewnętrznym człowieka, zmianach, jakie w nim zachodzą, motywach, które nim kierują. 

 

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Wakacyjne nabytki

Zawsze, kiedy jestem w Warszawie, pierwsze kroki kieruję do księgarni Dedalus. Molom książkowym nie trzeba jej przedstawiać (a jeśli ktoś nie zna, to polecam, jest to księgarnia oferująca tanie i bardzo tanie, ale nieużywane, książki, które z jakichś powodów nie sprzedały się w tradycyjnym obiegu. A to link do ich strony internetowej - ja sama, choć księgarnię znam od lat, całkiem niedawno zorientowałam się, że prowadzi również sprzedaż wysyłkową, choć jeszcze z tej możliwości nie korzystałam). Oczywiście, rzadko wychodzę stamtąd z pustymi rękami, szczególnie że ceny zachęcają do kupna:) Nie inaczej było i tym razem. A oto moje nabytki:


Oczywiście, nie są to nowości, ale książki, które bardzo chcę przeczytać. Od góry:
1. "Miłość w czasach zarazy" Marqueza - nikomu chyba tej powieści nie trzeba przedstawiać. Wstyd się przyznać, ale ja jej jeszcze nie czytałam...
2. "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" Jonas Jonasson - widziałam film i jest rewelacyjny. A książki przecież prawie zawsze są lepsze:)
3. "Cejrowski. Biografia" Grzegorz Brzozowicz - to lektura, która zainteresuje przede wszystkim mojego męża. Ale ja też chętnie przeczytam.
4. "Upalne lato Marianny" Katarzyna Zyskowska-Ignaciak - na tę książkę (i jej kontynuację) zasadzam się od kiedy tylko o niej usłyszałam. Wiele po jej lekturze oczekuję, bo na podstawie recenzji, które czytałam, wydaje mi się, że całkowicie trafi w mój gust.

A na samej górze kubek z Ikei, który absolutnie mnie zachwycił:)

Jeśli dodać do tego zdjęcia drugie, z wcześniejszymi wakacyjnymi nabytkami, to okaże się, że lato było dosyć bogate w zakupy książkowe:

 
Tu już więcej nowości. Od góry:
1. "Sońka" Ignacy Karpowicz
2. "Nowolipie. Najpiękniejsze lata" Józef Hen
3. "Wyspa na prerii" Wojciech Cejrowski
4. "Uparte serce. Biografia Poświatowskiej" Kalina Błażejowska
5. "Wszystko zależy od przyimka" Bralczyk, Miodek, Markowski, Sosonowski
 
Więc książki są. Tylko że lato się kończy, a wraz z nim czas na czytanie... Ech... W każdym razie recenzje tych książek prędzej czy później pojawią się na blogu:)
 
 
A odbiegając od tematu, to trochę zmieniłam ostatnio wygląd bloga. Mam nadzieję, że na plus:) 

 
 

wtorek, 19 sierpnia 2014

Chłopiec z listy Schindlera

Leon Leyson, "Chłopiec z listy Schindlera"

Nie oglądałam (jeszcze) filmu "Lista Schindlera". Może to trochę dziwne, bo film znany i uznany, ale kiedy został nakręcony miałam zaledwie kilka lat, a potem też jakoś nie było okazji. Teraz już wiem, że koniecznie muszę to zaniedbanie nadrobić. Jednak dzięki temu historia opisana w książce "Chłopiec z listy Schindlera" była mi nieznana, a przez to budząca większe zainteresowanie. Tzn. oczywiście wiedziałam, że książka opowiada o Holocauście (zresztą okładka nie pozostawia żadnych wątpliwości), nazwisko Schindler obiło mi się niejednokrotnie o uszy, ale szczegóły pozostawały niejasne. 

Leon Leyson, a właściwie Lejb Lejzon, urodził się w Polsce, we wsi Narewka niedaleko Białegostoku. Jego dzieciństwo było szczęśliwe i beztroskie, spędzone w gronie licznej i kochającej się rodziny, w kręgu przyjaciół, w świecie, w którym dwie różne kultury - chrześcijańska i żydowska - współistniały ze sobą. Oczywiście, nie bez zgrzytów, ale jednak pokojowo. W 1938 roku rodzina Lejzonów przeniosła się do Krakowa - i właśnie ta decyzja uratowała Leonowi życie. 

Książka "Chłopiec z listy Schindlera" ma charakter wspomnieniowy. Jest to opowieść o młodości autora, której kilka najlepszych lat zabrała wojna. Leon był jeszcze dzieckiem, gdy Niemcy wkroczyli do Polski. Książka opowiada o życiu w getcie i obozie, o strachu, głodzie, śmierci, a przede wszystkim poniżeniu, jakiego doznawała ludność żydowska podczas II wojny światowej. Ale jest to również historia o bohaterstwie, o tym, "że pojedynczy człowiek może przeciwstawić się złu"*. Dowiadujemy się także, jak potoczyły się powojenne losy autora, już niezwiązane z Polską. 

Książkę czyta się błyskawicznie. Autor opowiada o swoim życiu ciekawie, ale zwyczajnie, bez patetyczności. Pozycja nie wniesie pewnie nic nowego do wiedzy czytelnika o Holocauście, ale jest to kolejny ważny głos świadka tamtych wydarzeń. Prosty język (co jest bez wątpienia zaletą tej książki) i czytelny przekaz pozwolą dotrzeć do każdego, nawet do bardzo młodego czytelnika. Na szybkie tempo czytania wpływa również rozmiar czcionki, która jest według mnie bardzo duża - tak naprawdę, gdyby była mniejsza, historię można by zmieścić na 150 stronach zamiast 250. 

Jeśli macie ochotę poznać (być może kolejną, podobną do innych, ale jednak zawsze wyjątkową) historię chłopca, który przeżył piekło II wojny światowej, to zachęcam do lektury.   

*cytat z książki, str. 223

środa, 13 sierpnia 2014

Telemetr

Dziś cytat. Czasami, gdy obserwuję pomysły i poczynania niektórych ludzi, przypomina mi się "Telemetr" - fragment genialnego dzieła Tuwima i Słonimskiego "W oparach absurdu". Znacie?

"Telemetr jest świetnym przyrządem służącym do mierzenia odległości.
Przyrząd nastawia się na jakiś przedmiot daleki, np. pojedynczy krzew. Następnie za pomocą, powiedzmy otwarcie, skomplikowanych dość sposobów, odcyfrowuje się odległość, która wypada, dajmy na to, 1200m. Potem przystępujemy do drugiej części pomiaru, tzw. sprawdzenia. Mierzy się krokami odległość między telemetrem a owym krzakiem. Wypada po zamianie na metry - 200m.
Oczywiście, to drugie rozwiązanie jest słuszne.
Otrzymaliśmy zatem za pomocą telemetru rezultat najbardziej dokładny, iż popełniony błąd wynosi 1000m. Mógłby ktoś zarzucić, iż prościej byłoby pominąć skomplikowane obliczenie i od razu odmierzyć odległość krokami. Dobrze. Ale w takim wypadku do czegóż by służył telemetr? Trudno i darmo. Maszyny zastępują dziś człowieka."
Telemetr, w: A. Słonimski, J. Tuwim, W oparach absurdu.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Mirosław Tomaszewski, "Marynarka"



Mirosław Tomaszewski jest znanym wielu czytelnikom pisarzem i dramaturgiem. Napisał m. in. powieści Pełnomocnik oraz Ugi. Jego najnowszym dziełem jest Marynarka – lektura tej książki była moim pierwszym spotkaniem z twórczością Tomaszewskiego.


Akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni 2005 roku m. in. w Gdańsku – mieście szczególnie naznaczonym przez historię, zarówno tę dawno minioną, jak i najnowszą. I właśnie wydarzenia związane z historią najnowszą, a dokładnie ze strajkiem stoczniowców w grudniu 1970 roku, są ważnym wątkiem powieści. Nie ukrywam, że to ten aspekt książki najbardziej mnie kusił, ponieważ moja wiedza na ten temat jest znikoma.

      
Autor starał się pokazać wydarzenia z różnych stron, patrzymy więc na nie oczami stoczniowców, ich rodzin (także rodzin poległych), lekarzy, którzy udzielali pomocy rannym, choć mogły ich za to spotkać represje,  ale również oczami tych, którzy byli po drugiej stronie, np. przebrani za robotników na polecenie władz podburzali tłum, czy żołnierzy, którzy strzelali do protestujących. To celny zabieg pozwalający na ukazanie złożoności sytuacji. Oczywiście, pewnie można na ten temat jeszcze wiele powiedzieć, ale dla osoby, która nie ma ogromnej wiedzy o Grudniu 1970 roku książka stanowi znakomity punkt wyjścia do samodzielnego zgłębienia tematu. Szczególnie że wydarzenia zostały przedstawione nie w sposób „podręcznikowy”, czyli za pomocą liczb, statystyk i suchych faktów, ale właśnie z punktu widzenia ludzi w to zaangażowanych.  


Równie ważne i także ciekawe są wydarzenia tworzące zasadniczą część akcji i dziejące się w 2005 roku. Poznajemy wielu różnorodnych bohaterów: dziennikarkę Ninę, jej szefa Jana, niespełnionego muzyka Adama, biznesmena Karola oraz jego podwładnego i zarazem zięcia, Witka. Dla nich wszystkich temat Grudnia ’70 jest ważny, choć dla każdego z innego powodu. Różne są też relacje łączące bohaterów.  Autor stara się także przedstawić, jak nasze decyzje, wybory z przeszłości, nawet wydawałoby się, że odległej i już zamkniętej, mogą wpłynąć na teraźniejszość. Sama powieść rozpoczyna się morderstwem: w sylwestrową noc 2004 roku ktoś włamuje się do domu schorowanego fotografa, zabija go i kradnie tylko jedną rzecz – kopertę o tajemniczym oznaczeniu ZO171270. Samo morderstwo okazuje się niezbyt istotne dla fabuły, natomiast zawartość koperty – bardzo. Żeby pobudzić zainteresowanie mogę jeszcze dodać, że fotograf nie jest jedynym trupem, który się w powieści pojawi… Ale żeby dowiedzieć się kto, dlaczego i jak zginie musicie przeczytać książkę. Fabuła, chociaż momentami przewidywalna, na ogół trzymała w napięciu, a kilka zwrotów akcji bardzo mnie zaskoczyło.  Powieść czyta się naprawdę dobrze i choć na początku styl autora trochę mnie drażnił, to szybko się przyzwyczaiłam i potem już nie mogłam się od książki oderwać. Dobrym zabiegiem było podzielenie powieści na krótkie rozdziały, co ułatwia szybkie czytanie (znacie to: jeszcze tylko jeden rozdział, przecież to tylko kilka stron…).

    
Bardzo podobał mi się motyw tytułowej marynarki, która spaja ze sobą rok 2005 i 1970. Lubię, jak w powieściach pojawia się jakiś rekwizyt o szczególnym znaczeniu. Trochę jak w teatrze lub filmie:)

     
Książka jest różnorodna pod względem tematycznym, trudno więc byłoby ją przyporządkować do jakiegoś określonego podgatunku. Zawiera elementy powieści sensacyjnej, obyczajowej, a także historycznej (wszak wydarzenia z 1970 roku to dla wielu już historia). Takie połączenie uatrakcyjnia lekturę.

      
Trochę przeszkadzało mi to, że niektóre wątki zostały potraktowane "po macoszemu", czasem nie wiedziałam, po co się w lekturze pojawiały, skoro autor ich nie rozwijał. Wiem, że jeśli nie chce się tworzyć wielotomowego dzieła, to nie da się wszystkim bohaterom (szczególnie drugo- lub trzecioplanowym) czy wydarzeniom poświęcić więcej uwagi, jednak wydaje mi się, że rozwinięcie niektórych motywów wzbogaciłoby powieść. 


Moje pierwsze spotkanie z twórczością Mirosława Tomaszewskiego było całkiem udane. „Marynarkę” czyta się naprawdę dobrze, jest to ciekawa, zgrabnie napisana powieść. Wartości lekturze dodaje fakt poruszenia tematu wydarzeń grudniowych, nieczęsto jeszcze spotykanego w literaturze pięknej. Ważne informacje historyczne podane są w sposób interesujący i przystępny, a sama skomplikowana sytuacja ukazana z różnych stron. I chociaż powieść być może nie zostanie na długo w pamięci, to jednak niejednego czytelnika zainteresuje tematem Grudnia i skłoni do samodzielnego poszukania dodatkowych informacji. Poza tym lektura na pewno stanowi ciekawy sposób na spędzenie wakacyjnego popołudnia i wieczoru. Zachęcam do przeczytania.  

I jeszcze link do strony autora: http://tomaszewski.edumuz.pl

Za możliwość przeczytania e-booka dziękuję Pani Marii Zofii Tomaszewskiej. 

czwartek, 7 sierpnia 2014

Interesująca opowieść o Muranowie

"Stacja Muranów" Beata Chomątowska 

Chociaż Warszawę po kilkuletnim studenckim epizodzie opuściłam już jakiś czas temu i na co dzień za tym miastem specjalnie nie tęsknię, to jakoś ciągnie mnie ostatnio do książek z nim związanych. Nie tak dawno pisałam o zbiorze opowiadań "Mówi Warszawa", a dziś chciałabym Wam przedstawić kolejną książkę związaną z tym miastem - "Stację Muranów".

Muranów to miejsce o szczególnej historii. Dzielnica (czy może raczej osiedle) Warszawy, swoimi korzeniami sięgająca XVII wieku. Przed II wojną światową zamieszkana głównie przez ludność pochodzenia żydowskiego, w czasie wojny to właśnie tam hitlerowcy utworzyli getto. To miejsce, które było świadkiem cierpienia wielu ludzi, ich rozpaczliwej walki o własną godność, a w końcu śmierci. Miejsce zupełnie zrównane z ziemią przez nazistów, które po wojnie zostało zbudowane od nowa. Właśnie zbudowane, a nie odbudowane, bo dzisiejszy Muranów niewiele ma wspólnego z tym przedwojennym.

O tym wszystkim pisze Beata Chomątowska w książce "Stacja Muranów". Jest to połączenie monografii z reportażem. Autorka, pisząc o historii dzielnicy, sięga również do jej początków, jednak skupia się głównie na XX i początkach XXI wieku. I nic dziwnego, ponieważ to przede wszystkim przez ostatnie sto lat Muranów był świadkiem Wielkiej Historii, niestety tragicznej w skutkach dla wielu mieszkańców. Chomątowska pisze o przedwojennej tętniącej życiem dzielnicy, o getcie i powstaniu, budowaniu nowego na gruzach starego, a także o Muranowie współczesnym, dzisiejszym. Autorka wiele uwagi poświęca architekturze przedwojennej i powojennej oraz rozmaitym planom zagospodarowania tego miejsca po II wojnie światowej. Jeszcze jednym tematem tej pozycji, dla mnie najważniejszym, są ludzie związani z Muranowem. Chomątowska stara się choćby w kilku zdaniach nakreślić ich losy, nie tylko te związane z Warszawą. 

Książkę wzbogacają różne zdjęcia, pocztówki, skany map. Na uwagę zasługuje również wykaz źródeł. Autorka sięgnęła do ogromnej ilość książek i artykułów traktujących o Muranowie, znalazło się też miejsce dla literatury pięknej, do której kilkakrotnie się odwołuje. Oczywiście, cennym źródłem były też rozmowy z mieszkańcami oraz z ludźmi zajmującymi się historią dzielnicy. Książka napisana jest ciekawie, jej język jest bardzo staranny, co w połączeniu z tematyką sprawia, że czyta się ją jak dobrą powieść. (W trakcie lektury nawet jej rozmiary - a jest grubaśna - przestają przerażać). 

Myślę, że to pozycja obowiązkowa dla mieszkańców Warszawy (szczególnie Muranowa) oraz wszystkich tych, którzy interesują się historią Żydów w Polsce. Jednak zainteresować może również innych. Zachęcam do lektury.   

  

sobota, 2 sierpnia 2014

Wagner, Gdańsk i wojna - "Śpiewaj ogrody" Paweł Huelle

Bardzo lubię twórczość Pawła Huellego. Kilka lat temu, zupełnie nie znając autora, przeczytałam "Weisera Dawidka" (albo "Opowiadania na czas przeprowadzki" - nie pamiętam, co było pierwsze) i wsiąkłam. Pochłonęłam kolejne opowiadania i powieści, m. in. książki Mercedes-Benz, Castorp, Ostatnia Wieczerza. Jak to zwykle bywa, jedne teksty zachwycały, a inne okazywały się tylko bardzo dobre lub dobre, choć zawsze w przypadku tego autora warte przeczytania.

"Śpiewaj ogrody" oczywiście chciałam przeczytać od kiedy o książce usłyszałam, od razu kupiłam, ale niestety tradycyjnie musiała odstać swoje na półce, zanim znalazłam czas na lekturę. Nastawiałam się na wspaniałe doznania czytelnicze, bo i nazwisko autora zobowiązuje, i tytuł intrygujący, i opis na okładce ciekawy, i okładka... Okładka jest piękna, mogłabym siedzieć i się w nią wpatrywać zamiast czytać. Taka okładka musi skrywać arcydzieło! (Chociaż po przeczytaniu nie bardzo dostrzegam jej związek z treścią, ale nadal mnie zachwyca) Być może na skutek zbyt wysokich wymagań trochę mnie lektura zawiodła.


Głównymi bohaterami książki są małżonkowie Ernest Teodor i Greta Hoffmannowie, tłem akcji oczywiście Gdańsk. On był kompozytorem, ona śpiewaczką. Poznali się, pokochali, pobrali i zamieszkali w domu przy Polankach. Pewnego dnia Ernest Teodor w starym antykwariacie odkrył zaginioną i niedokończoną operę Wagnera. Postanawia ją opracować, przygotować do wystawienia na scenie. Są lata 30. XX wieku - wiadomo jakie znaczenie dla nazistowskich Niemiec miały dzieła Wagnera. Ernest Teodor jednak nie popiera Hitlera i jego zwolenników... Ale "Śpiewaj ogrody" to nie tylko opowieść o Hoffmannach. Ważny jest narrator (jak często w przypadku tego autora narrator jest pierwszoosobowy) i jego ojciec oraz pan Bieszk. Interesująca jest kompozycja powieści - nie ma tu ciągu przyczynowo-skutkowego, jednej płaszczyzny czasowej. Narrator opowiada nam o swoim dzieciństwie i młodości, a ich ważnym elementem były rozmowy ze starszą sąsiadką, panią Gretą Hoffmann, która po wojnie nie wyjechała z Gdańska. I jak to w opowieści - przeplatają się ze sobą różne wydarzenia wesołe i smutne, często skutek wyprzedza przyczynę, mieszają się lata 30., 40., 60. i 70., kultury niemiecka, polska i kaszubska. W utworze pojawiają się również odniesienia do XVIII wieku, poprzez przytaczanie historii i fragmentów pamiętników pewnego Francuza, który przed laty mieszkał w domu należącym w latach 30. do Hoffmannów. Jest to wątek smutny, przygnębiający i przerażający. I zupełnie niepasujący według nie do książek Pawła Huellego. Nie podobał mi się i uważam, że nie jest w książce potrzebny, a wręcz ją psuje. 

Ale nie tylko ludzkie losy uwikłane w wielką historię są tematem tej książki. Najważniejsza jest muzyka, która, mniej lub bardziej zauważalna, snuje się przez całą powieść. Czytając różne recenzje powieści, spotkałam się z zarzutami, że przez tą nadmierną muzyczność utworu trudno się go czyta, jeśli nie jest się specjalnie przygotowanym do odbioru takiego tekstu. Nie zgodzę się z tym. Książkę czyta się naprawdę dobrze, od niektórych fragmentów nie sposób się oderwać, chociaż jest już 2 w nocy, a rano trzeba wstać... Nie mam zupełnie przygotowania muzycznego, poza paroma podstawowymi nie znam terminów z tą sztuką związanych, a nawet niestety, wstyd się przyznać, niezbyt wiele wiem o muzyce klasycznej. Pomimo to książka jest całkowicie przystępna i zrozumiała, nie trzeba się co chwilę odrywać od lektury, by wyjaśnić jakieś nieznane słowo czy przywołane nazwisko. Oczywiście, nie jest to wakacyjne czytadło i wymaga od odbiorcy pewnego skupienia, ale to chyba już sugeruje samo nazwisko autora. 

Trudno mi podsumować krótko moje wywody, bo powieść wiele sprzecznych emocji we mnie wywołuje. Książka jest na pewno ciekawa i warto ją przeczytać. Jednak najlepszych dzieł Pawła Huellego (jakimi w moim odczuciu były "Weiser Dawidek" i "Opowiadania na czas przeprowadzki") nie przebije.        

poniedziałek, 28 lipca 2014

Pamięć bywa zawodna...

"Mistrz i Małgorzata" M. Bułhakow

Tę powieść po raz pierwszy przeczytałam w liceum. Pamiętam, że bardzo mi się podobała. I, o zgrozo, niewiele więcej pamiętam (czy raczej do niedawna nie pamiętałam) z tej lektury. Majaczył mi się tylko ogólny zarys fabuły, ale żadnych konkretów nie mogłam odtworzyć. A przecież od mojego pobytu w liceum nie minęło jeszcze tak wiele czasu... Że ta książka zatarła mi się w pamięci zupełnie, zadałam sobie sprawę już parę lat temu, kiedy koleżanka zapytała mnie, jak nazywał się człowiek, któremu tramwaj odciął głowę. To tam tramwaj odciął komuś głowę? Już wtedy postanowiłam odświeżyć powieść, ale jak to często bywa, musiało minąć sporo czasu, zanim rzeczywiście zabrałam się do ponownego czytania "Mistrza i Małgorzaty". I wiecie co? Podobało mi się chyba jeszcze bardziej niż w liceum. Niektóre wątki czy wydarzenia w trakcie lektury mi się przypominały, ale ogólnie miałam z czytania tyle przyjemności, jakbym z tą książką zetknęła się po raz pierwszy. 

Warto tę powieść przeczytać (a nawet czytać kilkakrotnie). Nadal jest aktualna i ciekawa. Dużym jej atutem jest humor i wydarzenia, momentami zupełnie absurdalne. I oczywiście bohaterowie. Diabelska szajka nie ma sobie równych w literaturze, a kot Behemot jest jednym z moich ulubionych literackich kotów. Książka na szczęście nadal pozostaje znana i lubiana, jeśli jednak jest ktoś, kto nie miał okazji jej poznać, niech jak najszybciej nadrobi zaległości!

Książka bierze udział w wyzwaniach:

środa, 23 lipca 2014

Stefan Chwin, "Panna Ferbelin"

Lubię Gdańsk, choć zbyt dobrze go nie znam. Byłam kilkakrotnie, ale zawsze przelotem, tylko na chwilę, więc nie miałam okazji, żeby gruntowniej to miasto zwiedzić. Jednak zawsze robiło na mnie dobre wrażenie, zachęcało do dłuższego pobytu. Być może (a raczej prawie na pewno) na moją ocenę Gdańska wpływ miały przeczytane książki, których akcja rozgrywała się właśnie tam. Z tym miastem kojarzą mi się przede wszystkim utwory Pawła Huelle, jednego z moich ulubionych pisarzy. Wiedziałam, że Gdańsk również często pojawia się w powieściach Stefana Chwina, także związanego z tym miastem, jednak do tej pory nie sięgnęłam po jego książki. "Panna Ferbelin" była moim pierwszym bezpośrednim spotkaniem z twórczością Chwina i muszę przyznać, że bardzo udanym. 
Akcja powieści rozgrywa się w Gdańsku prawdopodobnie na początku XX wieku. Główną bohaterką jest tytułowa Maria Ferbelin, której losy splatają się z życiem tajemniczego Mistrza, Nauczyciela z Neustadt. Mężczyzna głosi kazania, których słuchają tysiące ludzi, uzdrawia chorych, między innymi ojca Marii - od tej pory staje się dla młodej kobiety kimś ważnym, szczególnym. Oczywiście, ta postać jednoznacznie kojarzy się czytelnikom z Chrystusem, zresztą w powieści mamy wiele pośrednich i bezpośrednich nawiązań do Biblii, a także do historii najnowszej. Jak nietrudno się domyślić, nie wszystkim działalność Nauczyciela z Neustadt jest na rękę. Lekturę urozmaica fakt, że Maria pracuje jako domowa nauczycielka syna prokuratora Hammelsa, który jest zarządcą miasta... Więc nic nie jest proste i jednoznaczne, a całą sytuację możemy oglądać z różnych stron. I choć, znając historię biblijną, możemy spodziewać się, jak mogą potoczyć się losy Nauczyciela z Neustadt, to jednak od książki nie sposób się oderwać. Poza tym autor potrafi również zaskoczyć. 

Wszystko to razem tworzy uniwersalną opowieść o życiu i śmierci, o człowieku i o ludziach jako zbiorowości, o historii, która zawsze może się powtórzyć i w jakiś sposób cały czas się powtarza. Utwór stawia trudne pytania, na które jednak jednoznacznie  odpowiedzieć się nie da. 

Myślę, że ta książka nie każdemu będzie się podobać. Na pewno może oburzać, wzbudzać kontrowersje, ale pewnie niektórych również będzie zwyczajnie nudzić - wszakże nie są to nowatorskie pomysły, wszystko już było. Ja jednak oceniam powieść wysoko: jest interesująca, napisana pięknym językiem, może wykorzystane motywy nie są nowe, ale również nie do końca wyeksploatowane, a autor potrafi wydobyć z nich coś innego, świeżego, ciekawego. Książka wymaga pewnego skupienia, więc nie jest to idealna  lektura na plażę, ale na jakieś chłodniejsze wieczory w sam raz. 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania:
GRUNT TO OKŁADKA