poniedziałek, 23 grudnia 2013

Życzenia


Niech ten czas będzie wyjątkowy, spokojny, piękny, spędzony w gronie rodzinnym.


Wesołych Świąt!

sobota, 14 grudnia 2013

O kanonie lektur szkolnych słów kilka...

Ostatnio prawie wcale tu nie zaglądam. Mało piszę i, niestety, również mało czytam nowych rzeczy... Okazało się, że pierwszy rok pracy nauczyciela jest niezwykle absorbujący, a przygotowywanie lekcji i sprawdzanie klasówek zajmuje 25 godzin na dobę (o samym prowadzeniu lekcji, sobotnich zajęciach dodatkowych, wyrównawczych, przygotowujących do matury, rozmaitych kółkach itp. nie wspominam nawet). Jednym słowem - ceńcie nauczycieli (szczególnie polonistów!). Mam nadzieję jednak, że wkrótce nauczę się na nowo gospodarować swoim czasem i znajdę go też trochę na blogowanie:)

Książkami, do jakich ostatnio najczęściej zaglądam, są lektury. Bo okazuje się, że jeśli człowiek czytał coś w liceum, a nawet na studiach, to po kilku latach niewiele pamięta. A treść trzeba znać szczegółowo - choćby po to, aby przygotować kartkówki. Wbrew temu, co może sugerować tytuł posta, nie chcę tutaj dokładać mojego głosu do dyskusji na temat współczesnego kanonu szkolnych lektur. Przeistacza się on ciągle, sporo zmian zaszło od czasów, kiedy byłam w liceum (a to wcale nie tak dawno!), a z tym, co w szkole czytali moi rodzice czy dziadkowie pewnie niewiele ma obecna lista lektur wspólnego. A wszystko po to, by zachęcić młodzież do czytania książek, by teksty poznawane w szkole były nie tylko wartościowe i ważne dla kultury, ale przede wszystkim ciekawe dla młodych ludzi. Wszystko to słusznie i pięknie, ale większość młodych ludzi i tak tych książek nie czyta, z tego tylko względu, że są to lektury... Ale ja nie o tym miałam pisać. 

Moją pisaninę kieruję do osób, które edukację szkolną mają już dawno za sobą. W zależności od osobistych doświadczeń lekcje języka polskiego różnie wspominamy. Jednak większość przyzna, że trzeba było duuuużo czytać. I chyba mało kto rzeczywiście przeczytał wszystkie lektury. A nawet jeśli, to bez delektowania się ich artyzmem, tylko szybko, żeby zdążyć na wyznaczony termin i skupiając się na niewiele znaczących szczegółach, jak rozmiar rękawiczki Izabeli Łęckiej (wszak o to na pewno zapyta nauczyciel, by sprawdzić poziom naszej znajomości tekstu). Rzadko kto dostrzega piękno i wartość tych utworów w liceum, a później wielu z nas do nich nie wraca. A szkoda, bo warto. Do wielu tekstów zresztą trzeba dorosnąć, w szkole średniej w pełni ich zrozumieć nie byliśmy w stanie.

Do tych przemyśleń natchnęła mnie lektura Ludzi bezdomnych Żeromskiego. Jak ja się męczyłam z jego twórczością w szkole! Przeczytałam, ale nie mogłam dostrzec ani piękna, ani wartości. Na studiach utwory Żeromskiego omijałam szerokim łukiem - i tak nie dało się przed egzaminami przeczytać wszystkiego, więc wolałam sięgać po ciekawsze teksty. Natomiast teraz nie miałam wyjścia, trzeba było przed omawianiem lektury z maturzystami przypomnieć sobie treść. Zaczęłam czytać - i nie mogłam się oderwać! Nie sądziłam, że to kiedykolwiek stwierdzę, ale ten Żeromski jednak ma w sobie coś. 

I niepotrzebnie się tak rozpisałam, bo myśl, którą chcę przekazać jest zwięzła i krótka: sięgnijcie po lektury raz jeszcze!

   

 

sobota, 9 listopada 2013

"Dziecko Noego", Eric-Emanuel Schmitt

Często krytykuje się twórczość Schmitta. Że banalna, że przewidywalna, że prosta, że mało ambitna... Być może.
Jednak "Dziecko Noego" to powieść, której właśnie teraz było mi trzeba. I, tak jak kiedyś przy "Oskarze i pani Róży", tak teraz również nie żałuję żadnej chwili poświęconej na lekturę. Chociaż przyznać trzeba, że chwil tych nie było wiele - utwór jest króciutki, zaledwie 130 stronicowy. A jednak jest w nim miejsce i na strach, i na łzy, i na zwyczajną ludzką dobroć... (O treści powiem tylko tyle: opowiada o losach żydowskiego chłopca w Belgii w trakcie II wojny światowej) 
Być może niektóre książki muszą być banalne, przewidywalne, proste, mało ambitne. Być może o pewnych sprawach tak najlepiej mówić.
Polecam.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Mieczysław Abramowicz, "Każdy przyniósł, co miał najlepszego"

Książka warta każdej minuty poświęconej na jej lekturę. Solidnie przygotowana, ciekawie napisana. Wstrząsająca, bo choć niby wszystko się już wie o Holocauście i wszystko już na ten temat powiedziano, to jednak obok dzieła Abramowicza nie można przejść obojętnie. Książka została zresztą doceniona przez krytyków i kilka lat temu nominowana do nagrody literackiej Nike. 

Autor jest historykiem związanym z Gdańskiem, interesuje się m. in. teatrem i kulturą żydowską tego miasta. To właśnie gdańskim żydom i ich losom w dwudziestoleciu oraz podczas II wojny światowej poświęcona jest książka. Zawiera kilkanaście opowiadań, napisanych na podstawie różnych dokumentów, wieloletnich badań, świadectw osób, które przeżyły koszmar wojny. Od początku czytelnik zastanawia się, czy opisane historie są prawdziwe (a świadczyć o tym mogą choćby odwołania do notatek policyjnych czy nadanie niektórym opowiadaniom pozorów zapisu autentycznej rozmowy bohatera z autorem). Ale, zgodnie ze słowami, które otwierają książkę, nie to jest najważniejsze:
Historie, które opowiadam, są prawdziwe.
Niezależnie od tego, czy się zdarzyły, czy nie.  (s. 4)
Niektóre motywy, zdarzenia, postacie pojawiają się w kilku opowiadaniach. Daje to wrażenie całości, za pomocą tego zabiegu autor pokazuje, jak splatają się losy ludzkie. Nie tylko zresztą żydzi są bohaterami książki. Występują tu również Niemcy, Polacy, Rosjanie. 
Książkę scala też inny zabieg. Autor w różnych opowiadaniach powtarza te same zwroty, a nawet dłuższe, złożone z kilku zdań, fragmenty. Dotyczą one za każdym razem czego innego, inaczej są rozumiane. Znakomitym przykładem może być choćby tytułowe Każdy przyniósł, co miał najlepszego, które pojawia się w wielu tekstach. 

Każde opowiadanie zilustrowane jest też niewielką fotografią miejsca lub przedmiotu, którego dotyczy. Na końcu zamieszczone jest też wyjaśnienie użytych w utworach słów hebrajskich, aramejskich, jidysz, ale także niemieckich lub kaszubskich. 

Książka naprawdę warta przeczytania. Choć zdecydowanie nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna.        

niedziela, 18 sierpnia 2013

"Uśmiech dzieciństwa" Marii Dąbrowskiej

Maria Dąbrowska należy do grona tych pisarek, których nazwisko każdy zna, jednak mało kto ich dzieła jeszcze dzisiaj czyta. A że po klasykę warto sięgać (bo w końcu z jakiegoś powodu jest klasyką), postanowiłam nadrobić moją zupełną nieznajomość utworów jednej z najbardziej uznanych polskich pisarek XX wieku. Lekturę jej najważniejszego dzieła - Nocy i dni - poprzedziłam jednak czymś zdecydowanie mniej obszernym, czyli zbiorem opowiadań Uśmiech dzieciństwa. Jest to kilkanaście krótkich utworów, silnie autobiograficznych, pisanych w latach 20. Wydanie, którym dysponowałam, dodatkowo wzbogacały fotografie z lat dziecinnych pisarki, a także zdjęcia jej najbliższych (bohaterów opowiadań zresztą) i domu, w którym się wychowała. 

I co się okazało? Że pisarstwo znakomitej autorki, pomimo upływu lat, nadal wzrusza i porusza. Że wiele jest punktów wspólnych między jej dzieciństwem a moim, chociaż na tak różne czasy owe dzieciństwa przypadły. Że czas najwyższy odważyć się i wreszcie sięgnąć po Noce i dnie...  

wtorek, 6 sierpnia 2013

Tuwim.

Tuwim. Poeta ukochany. Ulubiony. Najlepszy z najlepszych. Dlaczego? Nie wiem. Po prostu od kilku lat zachwyca. Tuwim wielkim poetą był. I tyle.

A oto kolejny nabytek. Wyszukany, wyszperany. Kupiony w jakimś ulicznym "antykwariacie". Za grosze. 

Stary i zniszczony egzemplarz. Oczywiście, jak zwykle. Ale właśnie takie mają największy klimat.
Całkiem sporo już tych książek w "Tuwimowej" kolekcji, chociaż jeszcze wielu brakuje. A w posiadanie wszystkich weszłam w podobny sposób - przypadkiem, zupełnie niespodziewanie. Za grosze. A dla mnie są warte o wiele więcej. 

Polski słownik pijacki i Antologia bachiczna są dokładnie tym, co sugerują tytuły. Nie ma tu wierszy samego Tuwima. Autor zadał sobie trud zgromadzenia i wyjaśnienia wszelkich znanych mu terminów związanych ze spożywaniem alkoholu, używanych w różnych okresach i regionach, a więc nie zawsze powszechnie znanych i rozumianych (szczególnie dzisiejszemu czytelnikowi).
"Antologia bachiczna" to z kolei wybór utworów (lub ich fragmentów) dotyczących trunków oraz ich konsumpcji. Autorzy są mniej lub bardziej znani, mamy tu jednak takie nazwiska jak Kochanowski, Rej, Krasicki. Antologia... zawiera również wybór pieśni mieszczańskich i ludowych.

A to wszystko okraszone ilustracjami pana Topolskiego. Ach. 
 

piątek, 2 sierpnia 2013

Jeżycjada po raz 19.

McDusia, Małgorzata Musierowicz

Zgodnie z moim starym, trwającym od lat, zwyczajem, nowa powieść Małgorzaty Musierowicz pojawiła się na domowej półce zaraz po ukazaniu się na rynku. Jednak, nie wiem dlaczego, do tej pory zwlekałam z jej przeczytaniem. A to brak czasu, a to inne pilniejsze lub teoretycznie ciekawsze lektury. Wreszcie w ostatnich dniach sięgnęłam po McDusię i od pierwszych stron zupełnie wsiąknęłam w Borejkowski świat...

Dużo o tej książce pisać nie będę. Kto zna i kocha Jeżycjadę, już ją na pewno przeczytał (a jeśli nie, to niech jak najszybciej nadrabia zaległości!). Kto twórczości poznańskiej autorki z jakichkolwiek względów nie lubi, to ten tom prawdopodobnie także go nie przekona. Jeśli znajdzie się ktoś, kto zupełnie nie zna Jeżycjady, to oczywiście może zacząć czytanie od końca cyklu, czyli od McDusi, ale ja proponuję najpierw zapoznać się z poprzednimi tomami. Według mnie najlepiej zacząć od trzeciego, czyli Kwiatu kalafiora. Ale każda pozycja cyklu ma swój urok i niepowtarzalny klimat. 

Powiem (a raczej napiszę) jeszcze tylko, że dużo w McDusi Borejków, Strybów i Pałysów, a także wiele, wiele informacji o innych bohaterach cyklu. Tytułowa bohaterka to Magdusia Ogorzałkówna. 

Już nie mogę doczekać się kolejnego tomu, czyli Wnuczki do orzechów... Może wreszcie o córeczkach Patrycji coś więcej tam będzie?