poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Mirosław Tomaszewski, "Marynarka"



Mirosław Tomaszewski jest znanym wielu czytelnikom pisarzem i dramaturgiem. Napisał m. in. powieści Pełnomocnik oraz Ugi. Jego najnowszym dziełem jest Marynarka – lektura tej książki była moim pierwszym spotkaniem z twórczością Tomaszewskiego.


Akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni 2005 roku m. in. w Gdańsku – mieście szczególnie naznaczonym przez historię, zarówno tę dawno minioną, jak i najnowszą. I właśnie wydarzenia związane z historią najnowszą, a dokładnie ze strajkiem stoczniowców w grudniu 1970 roku, są ważnym wątkiem powieści. Nie ukrywam, że to ten aspekt książki najbardziej mnie kusił, ponieważ moja wiedza na ten temat jest znikoma.

      
Autor starał się pokazać wydarzenia z różnych stron, patrzymy więc na nie oczami stoczniowców, ich rodzin (także rodzin poległych), lekarzy, którzy udzielali pomocy rannym, choć mogły ich za to spotkać represje,  ale również oczami tych, którzy byli po drugiej stronie, np. przebrani za robotników na polecenie władz podburzali tłum, czy żołnierzy, którzy strzelali do protestujących. To celny zabieg pozwalający na ukazanie złożoności sytuacji. Oczywiście, pewnie można na ten temat jeszcze wiele powiedzieć, ale dla osoby, która nie ma ogromnej wiedzy o Grudniu 1970 roku książka stanowi znakomity punkt wyjścia do samodzielnego zgłębienia tematu. Szczególnie że wydarzenia zostały przedstawione nie w sposób „podręcznikowy”, czyli za pomocą liczb, statystyk i suchych faktów, ale właśnie z punktu widzenia ludzi w to zaangażowanych.  


Równie ważne i także ciekawe są wydarzenia tworzące zasadniczą część akcji i dziejące się w 2005 roku. Poznajemy wielu różnorodnych bohaterów: dziennikarkę Ninę, jej szefa Jana, niespełnionego muzyka Adama, biznesmena Karola oraz jego podwładnego i zarazem zięcia, Witka. Dla nich wszystkich temat Grudnia ’70 jest ważny, choć dla każdego z innego powodu. Różne są też relacje łączące bohaterów.  Autor stara się także przedstawić, jak nasze decyzje, wybory z przeszłości, nawet wydawałoby się, że odległej i już zamkniętej, mogą wpłynąć na teraźniejszość. Sama powieść rozpoczyna się morderstwem: w sylwestrową noc 2004 roku ktoś włamuje się do domu schorowanego fotografa, zabija go i kradnie tylko jedną rzecz – kopertę o tajemniczym oznaczeniu ZO171270. Samo morderstwo okazuje się niezbyt istotne dla fabuły, natomiast zawartość koperty – bardzo. Żeby pobudzić zainteresowanie mogę jeszcze dodać, że fotograf nie jest jedynym trupem, który się w powieści pojawi… Ale żeby dowiedzieć się kto, dlaczego i jak zginie musicie przeczytać książkę. Fabuła, chociaż momentami przewidywalna, na ogół trzymała w napięciu, a kilka zwrotów akcji bardzo mnie zaskoczyło.  Powieść czyta się naprawdę dobrze i choć na początku styl autora trochę mnie drażnił, to szybko się przyzwyczaiłam i potem już nie mogłam się od książki oderwać. Dobrym zabiegiem było podzielenie powieści na krótkie rozdziały, co ułatwia szybkie czytanie (znacie to: jeszcze tylko jeden rozdział, przecież to tylko kilka stron…).

    
Bardzo podobał mi się motyw tytułowej marynarki, która spaja ze sobą rok 2005 i 1970. Lubię, jak w powieściach pojawia się jakiś rekwizyt o szczególnym znaczeniu. Trochę jak w teatrze lub filmie:)

     
Książka jest różnorodna pod względem tematycznym, trudno więc byłoby ją przyporządkować do jakiegoś określonego podgatunku. Zawiera elementy powieści sensacyjnej, obyczajowej, a także historycznej (wszak wydarzenia z 1970 roku to dla wielu już historia). Takie połączenie uatrakcyjnia lekturę.

      
Trochę przeszkadzało mi to, że niektóre wątki zostały potraktowane "po macoszemu", czasem nie wiedziałam, po co się w lekturze pojawiały, skoro autor ich nie rozwijał. Wiem, że jeśli nie chce się tworzyć wielotomowego dzieła, to nie da się wszystkim bohaterom (szczególnie drugo- lub trzecioplanowym) czy wydarzeniom poświęcić więcej uwagi, jednak wydaje mi się, że rozwinięcie niektórych motywów wzbogaciłoby powieść. 


Moje pierwsze spotkanie z twórczością Mirosława Tomaszewskiego było całkiem udane. „Marynarkę” czyta się naprawdę dobrze, jest to ciekawa, zgrabnie napisana powieść. Wartości lekturze dodaje fakt poruszenia tematu wydarzeń grudniowych, nieczęsto jeszcze spotykanego w literaturze pięknej. Ważne informacje historyczne podane są w sposób interesujący i przystępny, a sama skomplikowana sytuacja ukazana z różnych stron. I chociaż powieść być może nie zostanie na długo w pamięci, to jednak niejednego czytelnika zainteresuje tematem Grudnia i skłoni do samodzielnego poszukania dodatkowych informacji. Poza tym lektura na pewno stanowi ciekawy sposób na spędzenie wakacyjnego popołudnia i wieczoru. Zachęcam do przeczytania.  

I jeszcze link do strony autora: http://tomaszewski.edumuz.pl

Za możliwość przeczytania e-booka dziękuję Pani Marii Zofii Tomaszewskiej. 

czwartek, 7 sierpnia 2014

Interesująca opowieść o Muranowie

"Stacja Muranów" Beata Chomątowska 

Chociaż Warszawę po kilkuletnim studenckim epizodzie opuściłam już jakiś czas temu i na co dzień za tym miastem specjalnie nie tęsknię, to jakoś ciągnie mnie ostatnio do książek z nim związanych. Nie tak dawno pisałam o zbiorze opowiadań "Mówi Warszawa", a dziś chciałabym Wam przedstawić kolejną książkę związaną z tym miastem - "Stację Muranów".

Muranów to miejsce o szczególnej historii. Dzielnica (czy może raczej osiedle) Warszawy, swoimi korzeniami sięgająca XVII wieku. Przed II wojną światową zamieszkana głównie przez ludność pochodzenia żydowskiego, w czasie wojny to właśnie tam hitlerowcy utworzyli getto. To miejsce, które było świadkiem cierpienia wielu ludzi, ich rozpaczliwej walki o własną godność, a w końcu śmierci. Miejsce zupełnie zrównane z ziemią przez nazistów, które po wojnie zostało zbudowane od nowa. Właśnie zbudowane, a nie odbudowane, bo dzisiejszy Muranów niewiele ma wspólnego z tym przedwojennym.

O tym wszystkim pisze Beata Chomątowska w książce "Stacja Muranów". Jest to połączenie monografii z reportażem. Autorka, pisząc o historii dzielnicy, sięga również do jej początków, jednak skupia się głównie na XX i początkach XXI wieku. I nic dziwnego, ponieważ to przede wszystkim przez ostatnie sto lat Muranów był świadkiem Wielkiej Historii, niestety tragicznej w skutkach dla wielu mieszkańców. Chomątowska pisze o przedwojennej tętniącej życiem dzielnicy, o getcie i powstaniu, budowaniu nowego na gruzach starego, a także o Muranowie współczesnym, dzisiejszym. Autorka wiele uwagi poświęca architekturze przedwojennej i powojennej oraz rozmaitym planom zagospodarowania tego miejsca po II wojnie światowej. Jeszcze jednym tematem tej pozycji, dla mnie najważniejszym, są ludzie związani z Muranowem. Chomątowska stara się choćby w kilku zdaniach nakreślić ich losy, nie tylko te związane z Warszawą. 

Książkę wzbogacają różne zdjęcia, pocztówki, skany map. Na uwagę zasługuje również wykaz źródeł. Autorka sięgnęła do ogromnej ilość książek i artykułów traktujących o Muranowie, znalazło się też miejsce dla literatury pięknej, do której kilkakrotnie się odwołuje. Oczywiście, cennym źródłem były też rozmowy z mieszkańcami oraz z ludźmi zajmującymi się historią dzielnicy. Książka napisana jest ciekawie, jej język jest bardzo staranny, co w połączeniu z tematyką sprawia, że czyta się ją jak dobrą powieść. (W trakcie lektury nawet jej rozmiary - a jest grubaśna - przestają przerażać). 

Myślę, że to pozycja obowiązkowa dla mieszkańców Warszawy (szczególnie Muranowa) oraz wszystkich tych, którzy interesują się historią Żydów w Polsce. Jednak zainteresować może również innych. Zachęcam do lektury.   

  

sobota, 2 sierpnia 2014

Wagner, Gdańsk i wojna - "Śpiewaj ogrody" Paweł Huelle

Bardzo lubię twórczość Pawła Huellego. Kilka lat temu, zupełnie nie znając autora, przeczytałam "Weisera Dawidka" (albo "Opowiadania na czas przeprowadzki" - nie pamiętam, co było pierwsze) i wsiąkłam. Pochłonęłam kolejne opowiadania i powieści, m. in. książki Mercedes-Benz, Castorp, Ostatnia Wieczerza. Jak to zwykle bywa, jedne teksty zachwycały, a inne okazywały się tylko bardzo dobre lub dobre, choć zawsze w przypadku tego autora warte przeczytania.

"Śpiewaj ogrody" oczywiście chciałam przeczytać od kiedy o książce usłyszałam, od razu kupiłam, ale niestety tradycyjnie musiała odstać swoje na półce, zanim znalazłam czas na lekturę. Nastawiałam się na wspaniałe doznania czytelnicze, bo i nazwisko autora zobowiązuje, i tytuł intrygujący, i opis na okładce ciekawy, i okładka... Okładka jest piękna, mogłabym siedzieć i się w nią wpatrywać zamiast czytać. Taka okładka musi skrywać arcydzieło! (Chociaż po przeczytaniu nie bardzo dostrzegam jej związek z treścią, ale nadal mnie zachwyca) Być może na skutek zbyt wysokich wymagań trochę mnie lektura zawiodła.


Głównymi bohaterami książki są małżonkowie Ernest Teodor i Greta Hoffmannowie, tłem akcji oczywiście Gdańsk. On był kompozytorem, ona śpiewaczką. Poznali się, pokochali, pobrali i zamieszkali w domu przy Polankach. Pewnego dnia Ernest Teodor w starym antykwariacie odkrył zaginioną i niedokończoną operę Wagnera. Postanawia ją opracować, przygotować do wystawienia na scenie. Są lata 30. XX wieku - wiadomo jakie znaczenie dla nazistowskich Niemiec miały dzieła Wagnera. Ernest Teodor jednak nie popiera Hitlera i jego zwolenników... Ale "Śpiewaj ogrody" to nie tylko opowieść o Hoffmannach. Ważny jest narrator (jak często w przypadku tego autora narrator jest pierwszoosobowy) i jego ojciec oraz pan Bieszk. Interesująca jest kompozycja powieści - nie ma tu ciągu przyczynowo-skutkowego, jednej płaszczyzny czasowej. Narrator opowiada nam o swoim dzieciństwie i młodości, a ich ważnym elementem były rozmowy ze starszą sąsiadką, panią Gretą Hoffmann, która po wojnie nie wyjechała z Gdańska. I jak to w opowieści - przeplatają się ze sobą różne wydarzenia wesołe i smutne, często skutek wyprzedza przyczynę, mieszają się lata 30., 40., 60. i 70., kultury niemiecka, polska i kaszubska. W utworze pojawiają się również odniesienia do XVIII wieku, poprzez przytaczanie historii i fragmentów pamiętników pewnego Francuza, który przed laty mieszkał w domu należącym w latach 30. do Hoffmannów. Jest to wątek smutny, przygnębiający i przerażający. I zupełnie niepasujący według nie do książek Pawła Huellego. Nie podobał mi się i uważam, że nie jest w książce potrzebny, a wręcz ją psuje. 

Ale nie tylko ludzkie losy uwikłane w wielką historię są tematem tej książki. Najważniejsza jest muzyka, która, mniej lub bardziej zauważalna, snuje się przez całą powieść. Czytając różne recenzje powieści, spotkałam się z zarzutami, że przez tą nadmierną muzyczność utworu trudno się go czyta, jeśli nie jest się specjalnie przygotowanym do odbioru takiego tekstu. Nie zgodzę się z tym. Książkę czyta się naprawdę dobrze, od niektórych fragmentów nie sposób się oderwać, chociaż jest już 2 w nocy, a rano trzeba wstać... Nie mam zupełnie przygotowania muzycznego, poza paroma podstawowymi nie znam terminów z tą sztuką związanych, a nawet niestety, wstyd się przyznać, niezbyt wiele wiem o muzyce klasycznej. Pomimo to książka jest całkowicie przystępna i zrozumiała, nie trzeba się co chwilę odrywać od lektury, by wyjaśnić jakieś nieznane słowo czy przywołane nazwisko. Oczywiście, nie jest to wakacyjne czytadło i wymaga od odbiorcy pewnego skupienia, ale to chyba już sugeruje samo nazwisko autora. 

Trudno mi podsumować krótko moje wywody, bo powieść wiele sprzecznych emocji we mnie wywołuje. Książka jest na pewno ciekawa i warto ją przeczytać. Jednak najlepszych dzieł Pawła Huellego (jakimi w moim odczuciu były "Weiser Dawidek" i "Opowiadania na czas przeprowadzki") nie przebije.        

poniedziałek, 28 lipca 2014

Pamięć bywa zawodna...

"Mistrz i Małgorzata" M. Bułhakow

Tę powieść po raz pierwszy przeczytałam w liceum. Pamiętam, że bardzo mi się podobała. I, o zgrozo, niewiele więcej pamiętam (czy raczej do niedawna nie pamiętałam) z tej lektury. Majaczył mi się tylko ogólny zarys fabuły, ale żadnych konkretów nie mogłam odtworzyć. A przecież od mojego pobytu w liceum nie minęło jeszcze tak wiele czasu... Że ta książka zatarła mi się w pamięci zupełnie, zadałam sobie sprawę już parę lat temu, kiedy koleżanka zapytała mnie, jak nazywał się człowiek, któremu tramwaj odciął głowę. To tam tramwaj odciął komuś głowę? Już wtedy postanowiłam odświeżyć powieść, ale jak to często bywa, musiało minąć sporo czasu, zanim rzeczywiście zabrałam się do ponownego czytania "Mistrza i Małgorzaty". I wiecie co? Podobało mi się chyba jeszcze bardziej niż w liceum. Niektóre wątki czy wydarzenia w trakcie lektury mi się przypominały, ale ogólnie miałam z czytania tyle przyjemności, jakbym z tą książką zetknęła się po raz pierwszy. 

Warto tę powieść przeczytać (a nawet czytać kilkakrotnie). Nadal jest aktualna i ciekawa. Dużym jej atutem jest humor i wydarzenia, momentami zupełnie absurdalne. I oczywiście bohaterowie. Diabelska szajka nie ma sobie równych w literaturze, a kot Behemot jest jednym z moich ulubionych literackich kotów. Książka na szczęście nadal pozostaje znana i lubiana, jeśli jednak jest ktoś, kto nie miał okazji jej poznać, niech jak najszybciej nadrobi zaległości!

Książka bierze udział w wyzwaniach:

środa, 23 lipca 2014

Stefan Chwin, "Panna Ferbelin"

Lubię Gdańsk, choć zbyt dobrze go nie znam. Byłam kilkakrotnie, ale zawsze przelotem, tylko na chwilę, więc nie miałam okazji, żeby gruntowniej to miasto zwiedzić. Jednak zawsze robiło na mnie dobre wrażenie, zachęcało do dłuższego pobytu. Być może (a raczej prawie na pewno) na moją ocenę Gdańska wpływ miały przeczytane książki, których akcja rozgrywała się właśnie tam. Z tym miastem kojarzą mi się przede wszystkim utwory Pawła Huelle, jednego z moich ulubionych pisarzy. Wiedziałam, że Gdańsk również często pojawia się w powieściach Stefana Chwina, także związanego z tym miastem, jednak do tej pory nie sięgnęłam po jego książki. "Panna Ferbelin" była moim pierwszym bezpośrednim spotkaniem z twórczością Chwina i muszę przyznać, że bardzo udanym. 
Akcja powieści rozgrywa się w Gdańsku prawdopodobnie na początku XX wieku. Główną bohaterką jest tytułowa Maria Ferbelin, której losy splatają się z życiem tajemniczego Mistrza, Nauczyciela z Neustadt. Mężczyzna głosi kazania, których słuchają tysiące ludzi, uzdrawia chorych, między innymi ojca Marii - od tej pory staje się dla młodej kobiety kimś ważnym, szczególnym. Oczywiście, ta postać jednoznacznie kojarzy się czytelnikom z Chrystusem, zresztą w powieści mamy wiele pośrednich i bezpośrednich nawiązań do Biblii, a także do historii najnowszej. Jak nietrudno się domyślić, nie wszystkim działalność Nauczyciela z Neustadt jest na rękę. Lekturę urozmaica fakt, że Maria pracuje jako domowa nauczycielka syna prokuratora Hammelsa, który jest zarządcą miasta... Więc nic nie jest proste i jednoznaczne, a całą sytuację możemy oglądać z różnych stron. I choć, znając historię biblijną, możemy spodziewać się, jak mogą potoczyć się losy Nauczyciela z Neustadt, to jednak od książki nie sposób się oderwać. Poza tym autor potrafi również zaskoczyć. 

Wszystko to razem tworzy uniwersalną opowieść o życiu i śmierci, o człowieku i o ludziach jako zbiorowości, o historii, która zawsze może się powtórzyć i w jakiś sposób cały czas się powtarza. Utwór stawia trudne pytania, na które jednak jednoznacznie  odpowiedzieć się nie da. 

Myślę, że ta książka nie każdemu będzie się podobać. Na pewno może oburzać, wzbudzać kontrowersje, ale pewnie niektórych również będzie zwyczajnie nudzić - wszakże nie są to nowatorskie pomysły, wszystko już było. Ja jednak oceniam powieść wysoko: jest interesująca, napisana pięknym językiem, może wykorzystane motywy nie są nowe, ale również nie do końca wyeksploatowane, a autor potrafi wydobyć z nich coś innego, świeżego, ciekawego. Książka wymaga pewnego skupienia, więc nie jest to idealna  lektura na plażę, ale na jakieś chłodniejsze wieczory w sam raz. 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania:
GRUNT TO OKŁADKA

środa, 16 lipca 2014

Terry Pratchett, "Straż nocna"

Uwielbiam książki Pratchetta, szczególnie serię "Świat Dysku". Do moich ulubionych bohaterów literackich bez wątpienia należą członkowie Straży Miejskiej Ankh-Morpork. Dlatego też myślałam, że "Straż nocna" szybko awansuje na jedną z moich ulubionych powieści Pratchetta, nie stało się tak jednak, być może dlatego, że zbyt wiele od tej książki oczekiwałam. Ale chociaż nie zachwyciła mnie tak bardzo, jak myślałam, że zachwyci, to i tak czytanie zapewniło mi wiele przyjemności i radości. 

Przez przypadek komendant Sam Vimes zostaje przeniesiony w przeszłość, nie bardzo odległą, tylko taką, którą z wielu względów dobrze pamięta: do czasów, w których jako młody chłopak rozpoczynał pracę w straży. Spotyka siebie samego sprzed 30 lat, a także wielu ludzi, których znał (niektórych czytelnicy również dobrze znają, np. Nobby'ego Nobsa czy Freda Colona). To bardzo niespokojny okres w Ankh-Morpork: despotyczne rządy szalonego władcy doprowadzają do wybuchu rewolucji. A Vimes niestety wie, jak ta rewolucja się skończy... Wszystko komplikuje również fakt, że razem z komendantem w przeszłość przeniesiony został niebezpieczny i pozbawiony skrupułów, ale bardzo sprytny morderca... Jak potoczą się losy Vimesa? Czy uda mu się zmienić bieg historii? A przede wszystkim czy uda mu się wróć do swoich czasów? I czy będzie miał do czego wracać? Żeby się tego dowiedzieć musicie przeczytać książkę. 

Jak zwykle w przypadku Pratchetta powieść napisana jest sprawnie, z dużą dawką humoru, akcja wciąga i po kilkunastu stronach nie można się oderwać od lektury. Ciekawym zabiegiem jest spojrzenie na wiele postaci znanych z innych utworów serii "Świat Dysku", ale o wiele młodszych. Poza tym, co szczególnie mi się podoba w książkach Pratchetta, pomimo że akcja rozgrywa się w fikcyjnym świecie, możemy doszukać się wielu nawiązań do rzeczywistości. 

Fanów Pratchetta nie trzeba do lektury jego książek zachęcać. Wielu już pewnie przeczytało "Straż nocną" (wszak książka ukazała się na naszym rynku w 2008 roku), a ci, którzy jeszcze nie zdążyli (jak do niedawna ja) na pewno mają w planach nadrobienie zaległości. Osoby, które twórczości tego autora jeszcze nie znają, zachęcam do przeczytania którejkolwiek powieści z serii "Świat Dysku". Czy "Straż nocna" jest odpowiednia na rozpoczęcie przygody z książkami tego autora? Według mnie może być, jednak ja polecałabym zacząć od starszych tomów. Wiem, że nie wszystkim Pratchett odpowiada, jednak myślę, że warto się przekonać co to za twórca, nawet gdy się nie przepada za fantastyką. W końcu z jakiegoś powodu zyskał ogromną popularność, a do jego fanów należą również osoby, które po fantastykę sięgają rzadko. Polecam.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Chemia jest wszędzie

Julita Bator, "Zamień chemię na jedzenie"

Przeraziła mnie ta książka... Ale też zafascynowała i zmusiła do wielu niekoniecznie łatwych i przyjemnych refleksji. Skłoniła do poważnego zastanowienia się nad nawykami żywieniowymi i przede wszystkim do ich zmiany. Zachęcam do poznania tej pozycji. Ale również ostrzegam - po jej przeczytaniu nic już nie będzie takie samo;-)

Autorka, chcąc poprawić niezadowalający stan zdrowia swojej rodziny, zdecydowała się na radykalne zmiany w diecie. Przede wszystkim zadała sobie trud, by dowiedzieć się, co tak naprawdę znajduje się w codziennym pożywieniu większości Polaków i jaki to ma (lub może mieć) wpływ na ich zdrowie. Zebrała informacje o wielu substancjach dodawanych do najprostszych nawet produktów, które możemy kupić w sklepie, a także o tym, jaką drogę muszą przebyć owoce, warzywa, mięso czy ryby, zanim znajdą się na naszych stołach. Wyniki jej dociekań są zatrważające, bo rzeczywiście to, co nazywamy jedzeniem, niewiele ma z jedzeniem wspólnego... A już na pewno w wielu przypadkach nie jest ani zdrowe, ani naturalne, wbrew temu, co głosi etykieta danego produktu.  Na szczęście, będąc świadomymi konsumentami, możemy wybierać produkty zdrowe lub przynajmniej nieszkodzące, a tym samym poprawić samopoczucie i stan zdrowia własnego i bliskich. Trzeba mieć trochę niezbędnej wiedzy, ale przede wszystkim świadomość konieczności podjęcia pewnych kroków i chęci do zmian.

Julita Bator dzieli się z czytelnikami swoją wiedzą i doświadczeniami. "Zamień chemię na jedzenie" nie jest poradnikiem dietetycznym, autorka informuje czytelników raczej o tym, czego powinni unikać, niż co jeść. Jest to zbiór naprawdę przydatnych informacji, które można (a nawet trzeba) wykorzystać w codziennym życiu, a których samodzielne zgromadzenie na pewno zajęłoby wiele czasu. Część z tych informacji czy spostrzeżeń jest powszechnie znana (np. że pomidor kupiony w supermarkecie niewiele ma wspólnego z pomidorem, szczególnie jeśli kupuje się go w styczniu), ale większość uzupełnia, wzbogaca wiedzę, czasem nawet zaskakuje (np. dowiedziałam się, że woda z kranu jest zdrowsza niż przegotowana). Książkę wzbogacają przepisy na proste i smaczne (a co najważniejsze - zdrowe) produkty, które mogą zastąpić te kupowane zwykle w supermarketach. Pojawiają się również wskazówki, gdzie możemy znaleźć więcej ciekawych informacji czy przepisów, a także uwagi o tym, co, poza jedzeniem, występuje w naszej kuchni i może mieć wpływ na zdrowie - dowiemy się np. z jakich materiałów powinny być wykonane garnki czy patelnie.  

Książka kierowana jest przede wszystkim do rodziców, których dzieci dużo chorują lub mają alergie, ale skorzystać z niej może każdy - w końcu zdrowe żywienie jest ważne w każdym wieku. Autorka, żeby udowodnić związek tego, co jemy, ze stanem naszego zdrowia, przytacza informacje o tym, jak poprawił się stan zdrowia jej dzieci po zmianach w diecie, np. porównuje ilość leków, które musiały przyjmować wcześniej ze stanem obecnym. I jest to naprawdę znacząca różnica. 

Myślę, że jest to pozycja bardzo ważna, bo nie tylko podaje istotne informacje, ale robi to w sposób przystępny i ukazujący konieczność wprowadzenia pewnych zmian w kuchni. Wiele się ostatnio o zdrowym żywieniu mówi, warto więc nie tylko mówić, ale dokonać również zdecydowanych reform we własnej diecie. Pewnie większość czytelników nie będzie w stanie wprowadzić wszystkich zaleceń autorki w życie, ale myślę, że nie jest to konieczne, bo każda, nawet najdrobniejsza zmiana na lepsze, może przynieść ogromne korzyści. Zdecydowanie polecam.

I na koniec jeszcze mała uwaga: nie pożyczajcie od nikogo tej książki. Od razu kupcie własny egzemplarz. Bo jak zaczniecie czytać, to już nie zechcecie się z książką rozstać, a poza tym myślę, że będziecie do niej wielokrotnie wracać. Ja zaznaczyłam około 40 różnych fragmentów - przepisów, list szkodliwych substancji, wyjaśnień rozmaitych znaków czy symboli, które możemy znaleźć na etykietach itp. - i na pewno będę do nich stale zaglądać.